10 BŁĘDÓW RODZICIELSKICH, KTÓRE MOGĄ UTRUDNIAĆ ŻYCIE NASZYM DZIECIOM

Mówią, że rodzic idealny to ten, który nie ma dzieci. Kiedy rodzi się mały dyktator i wywraca nasze życie do góry nogami, wszystkie nasze postanowienia i zamierzenia zostają zweryfikowane przez kilkukilogramowego bobasa, który rosnąc pokazuje nam, gdzie możemy sobie wsadzić to wszystko, co nam się wydawało.

Może trochę przesadzam. Może. Trochę.

Zatem mamy dziecko. Teraz trzeba je wychować. Wychowanie to zadanie trudne, bo chodzi w nim o takie ukształtowanie człowieka, żeby potrafił żyć sam ze sobą, z innymi ludźmi, żeby był szczęśliwy, żeby poradził sobie, kiedy będziemy już setki kilometrów od niego, albo gdy nas już nie będzie.

Najważniejsza w wychowaniu, według mnie, jest świadomość, że nie wychowujemy dzieci dla siebie. Wychowujemy je dla innych. Tak, tak. Dla synowej i zięcia też. Ja też już ich nie lubię.

Dzieci powinny być samodzielne, powinny mieć wysokie poczucie własnej wartości, powinny w siebie wierzyć, powinny umieć radzić sobie z emocjami, powinny umieć zorganizować świat wokół siebie.

Niestety my – rodzice (ja również) popełniamy pewne błędy, które rzutują na dorosłe życie, a nawet zdrowie naszych dzieci.

Popełniamy je mniej lub bardziej świadomie, mniej lub bardziej świadomi konsekwencji swoich rodzicielskich wpadek.

Poniżej moja, absolutnie subiektywna, lista 10 błędów rodzicielskich, które mogą utrudniać życie naszym dzieciom.

 

  1. Robienie wszystkiego za dziecko.

 

Znasz to – daj otworzę Ci. Daj zawiążę Ci te buty, bo nie mamy czasu. Jak Ty ubierasz tą bluzkę, daj założę Ci. Daj, mamusia pokarmi, bo już zimne. Chodź, mamusia wytrze. I tak rośnie sobie małe MAMO ZRÓB MI.

I nie myślcie, że potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jednego dnia pójdzie do zerówki i nagle stanie się samodzielne.

Niestety mam tu swoje grzeszki w temacie. Mój sześciolatek nadal nie wiąże sobie butów i sznurków u spodni (bo jak to widzę to moja cierpliwość idzie na taras). Nadal podkarmiam mojego trzylatka, choć najstarszy od 1 roku życia jadł sam. Średni za to gdyby nie był karmiony, to do 4 roku życia żyłby powietrzem. I tak mi trochę zostało, ale powoli wycofuję się już z tego karmienia.

„Mamo otwórz mi” jest niestety nadal jednym z najczęstszych haseł jakie słyszę. Tak. Koniec z tym. Im więcej dzieci tym większy kłopot z brakiem samodzielności. O ile nie jest tak trudno obsługiwać we wszystkim jedno dziecko, o tyle dwoje, troje lub więcej do obsługi to totalna katastrofa. Jest im potem trudno poza domem, gdy nie ma w pobliżu chętnego, żeby delikwenta obsłużyć.

 

 2.   Zakładanie z góry, że dziecko czegoś nie zje.

 

On tego nie lubi. A skąd ma wiedzieć, że nie lubi jak nigdy nie próbował? Większość mam, które znam, serwuje dzieciom tak ograniczony zestaw produktów, że poza jajkiem, parówką, kotletem i rosołem nic innego nie znają! Gdy widzą jak nasi chłopcy jedzą sushi, curry czy krewetki przecierają oczy ze zdumienia.

Daj dziecku spróbować potrawy czy produktu. Dzieci są różne, mają różne gusta.  Jeden lubi czekoladę, a drugiemu nogi śmierdzą. Niepróbowanie nowych smaków to ogromna strata dla zmysłów.

 

 3.   Pozwalanie na wszystko dla świętego spokoju.

 

Podobno idealne rodzicielstwo jest gdzieś pomiędzy: „tego nie wolno” a „a w dupie”. Święta prawda, ale musi być złoty środek. Inaczej nasz święty spokój zamieni się w przeklęty płaczowymuszacz.

Każde dziecko jest doskonałym obserwatorem. Od urodzenia szuka sposobów na zaspokojenie swoich potrzeb. Jak tylko wyczai, że najlepiej jest płakać i wtedy ktoś się melduje, robi to bez ograniczeń. Niestety przychodzi moment stawiania granic i jeśli go przegapimy, to mamy przy spódnicy małego stękajłę, który wie, że wystarczy trochę pojęczeć, popiszczeć, poryczeć i wszystko się da.

W tej kwestii znajduję się w centralnym złotym środku. Nie robią na mnie wrażenia wymuszanki, histerie i tym podobne dramatyczne przedstawienia. Rycz do woli. Jeśli uznam, że nie dostaniesz, to nie dostaniesz, choćbyś pękł. Dodam, że roszczeniowość dzieci jest cechą, która utrudnia im potem funkcjonowanie w przedszkolu i szkole. Warto pomyśleć o tym parę lat wcześniej.

 

  4.   Brak obowiązków.

 

Po mojej ostatniej grafice na temat sprzątania pojawiły się głosy na temat przyszłości dzieci, które nie mają obowiązków w domu, bałaganią, nie sprzątają i nic im nie przeszkadza. Coś w tym jest.

Wyznam Wam, że sama jestem niezłą bałaganiarą i ciężko mi motywować dzieci do sprzątania, ale robię to. Robię to, bo wiem, że moje synowe będą im kołki na głowie ciosać za bajzel, który robią wokół siebie. Obowiązki ma już trzylatek. Sześciolatek i dziesięciolatek mają ich znacznie więcej (o obowiązkach dzieci w domu pisałam już tutaj).

Nie ma nic gorszego niż chłop, który nic nie potrafi zrobić w domu, bo całe życie mamusia robiła wszystko za niego.

 

 5.   Kupowanie nadmiernej ilości zabawek.

 

Tu musiałabym spowiadać się do jutra. Moje dzieci mają strasznie dużo zabawek. Za każdym razem, gdy staram się pozbyć części z nich, zaraz dochodzą następne. Najmłodszy ma zabawki po dwóch starszych barciach plus swoje, bo przecież z tej nowej bajki też chciałby mieć.

I tak trudno mi nawet oczekiwać od nich, że będą umieli zrobić w nich porządek. Jest ich po prostu za dużo. Tego błędu już nie naprawię, ale naprawdę staram się nie kupować  nowych. Dostają trochę w prezentach, choć starsi już coraz mniej. Większość z nich nie ma żadnej funkcji edukacyjnej i rozwojowej.

To wszystko sprawia, że często się nudzą, ponieważ mają za dużo zabawek. Paradoks. Obiecuję poprawę.

 

6.   Dawanie dziecku wygrać i niedawanie przegrać.

 

Bardzo często obserwuję, jak rodzice grając z dzieckiem w gry, ścigając się z nim, celowo dają mu wygrać. Bo będzie mu przykro. Bo będzie płakał. A niech płacze! Płacz jest oczyszczający.

Kochani pamiętajcie, że jeśli jako pierwsi nauczyciele dziecka nie nauczycie go przegrywać i radzić sobie z przegraną, to będzie mu w szkole i w życiu koszmarnie trudno. Nie ma ludzi, którzy zawsze są na fali, którzy zawsze wygrywają. To porażki uczą nas w życiu najwięcej, nie zwycięstwa. Pod warunkiem, że umiemy przegrać, otrzepać się i spróbować jeszcze raz. Nie łudźcie się, że Wasze dzieci nauczą się tego w dorosłym życiu. Nie nauczą się. To Wy musicie je tego nauczyć. Grając w Chińczyka, Piotrusia czy jeżdżąc na rowerze. Metoda jest bez znaczenia. Dziecko musi znać uczucie przegranej i umieć sobie z nią emocjonalnie poradzić.

 

 7.   Odrabianie za dzieci pracy domowej.

 

Jako nauczyciel z wykształcenia mogę powiedzieć, że jest to największy błąd przeciwko nauce Waszych dzieci.

Praca domowa jest niczym innym, jak utrwaleniem wiedzy zdobytej w szkole. Jeśli wiedza nie zostanie ugruntowana, wyparuje jak kamfora. Odrabiając lekcje za dziecko uczycie je: nieuczciwości, braku samodzielności, nie pozwalacie mu wziąć odpowiedzialności za własną naukę. Pamiętajcie, że w pewnym momencie Wasza wiedza szkolna może już nie być wystarczająca, żeby odrobić za nie lekcje, a Wasze dziecko będzie miało zbyt duże zaległości, żeby je nadrobić. Wtedy zaczną się schody.

Czym innym jest pomoc dziecku w lekcjach. Pomoc jednak też jest bardzo różnie przez rodziców postrzegana. Generalnie dziecko powinno samo odrabiać swoje prace domowe. Samo czytać lektury szkolne i samo przygotowywać wszystkie prace i zadania szkolne. Nasza pomoc powinna ograniczać się do sprawdzenia efektów pracy, wytłumaczenia treści zadania, pomocy w znalezieniu odpowiedzi.

Jeśli spędzamy z dzieckiem codziennie kilka godzin przy biurku, to znaczy, że coś poszło nie tak i czas najwyższy na rozmowę o sytuacji z wychowawcą.

Pomądrzyłam się, ale jestem nauczycielką z krwi i kości, którą życie zmusiło do zmiany zawodu ukochanego. O.

 

  8.   Brak sportu.

 

Na temat sportu w życiu dziecka pisałam już tutaj. Z przerażeniem obserwuję wzrost liczby dzieci niećwiczących na WF-ie, ze zwolnieniami na wymyślone choroby, siedzących przed komputerem zamiast biegających po boisku, z nadwagą i chorobami z niej wynikającymi.

Z przerażeniem, ponieważ ja jestem właśnie takim dzieckiem. I dzisiaj płacę za to swoim zdrowiem. Człowiek, żeby był zdrowy musi być sprawny. Umożliwianie dziecku niechodzenia na lekcje WF jest działaniem na szkodę dziecka. Jest to działanie przeciwko jego zdrowiu. Większość zwolnień dzieci z WF to fikcja.

Wyobraźcie sobie, że w klasie mojego syna jest chłopczyk na wózku inwalidzkim, który ćwiczy na każdym WF-ie. Chcieć to móc!

Nic nie rozwija dzieci bardziej niż sport. Nasi chłopcy mają poza WF-em 5 treningów w tygodniu. Jeżdżą na obozy sportowe. Zawierają przyjaźnie. Są sprawni, zdrowi, wysportowani, pewni siebie, otwarci i twardzi. Uprawienie sportu nie ma złych stron. Poza tym, że rodzice muszą coś poświęcić: swój wolny czas (często nawet nie pieniądze).

 

9.   Zaniedbywanie czytania.

 

Z sondaży wynika, że 63% Polaków nie przeczytało w zeszłym roku żadnej książki. Osobom takim jak ja, które kochają czytać, wydaje się to nieprawdopodobne.

Dni, w których nie czytamy książki wieczorem są w naszym domu bardzo rzadkie. Wolne od czytania mam jedynie w piątek i sobotę wieczorem oraz w dniach, gdy jestem chora. Wszyscy chłopcy zasypiają przy dźwiękach ulubionych audiobooków.

Ja wiem, że czasem ostatnią rzeczą jaką chce na się robić wieczorem to czytanie dzieciom. Jesteśmy zmęczeni i marzymy, żeby poszły spać. Zawsze sobie jednak tłumaczę, że już niedługo usłyszę: dzięki mamo, poczytam sobie sam.

Książki rozwijają wyobraźnię, relaksują, uczą, bawią, wzruszają, każdy, absolutnie każdy człowiek, może znaleźć książkę, która go zaciekawi, pozwoli choć na chwilę oderwać się od kłopotów i zmartwień. Dziecko również tego potrzebuje. Czas spędzony wspólnie, nawet 10-15 minut, jest bezcenny.

 

10.   Poświęcanie dzieciom zbyt mało czasu.

 

Tu biję się w piersi bez przerwy. Czasu jest mało. Dziś, w pogoni za lepszym jutrem, za życiem godnym po prostu, wcale nie luksusowym, czas jest towarem deficytowym. Ciągle obiecuję sobie, że poświęcę im go więcej i wciąż mam wrażenie, że mimo wszystko mam go dla nich za mało. Dla wszystkich i dla każdego z osobna. Dni bywają długie, ale lata bardzo krótkie. Dzieci tak szybko rosną. Gdzie ten czas?

 

Nie jestem idealną mamą i nawet nie zamierzam nią zostać. Jestem człowiekiem, że swoimi wadami, słabościami, gorszymi dniami i błędami, które popełniam. Nie namawiam Was, żebyście od jutra robili rewolucje w swoich domach i życiu i wprowadzali jakiekolwiek zmiany. To co według mnie jest błędem, dla Was może nim nie być. Powyższa lista jest tylko zbiorem myśli do przeczytania i przemyślenia. Czasem warto nad sobą popracować, żeby wszystkim żyło się łatwiej. Każdy z nas – rodziców chce przede wszystkim szczęścia swojego dziecka. Zróbmy więc wszystko, by naszym dzieciom żyło się jak najlepiej. Przy czym złoty środek to klucz do sukcesu.

 Anna Jaworska – MumMe

Jeśli spodobał Ci się mój wpis udostępnij go proszę.

Polub moją stronę na Facebooku https://www.facebook.com/blogmumme/

Zajrzyj na mój Instagram https://www.instagram.com/mumme_pl/

 

 

 

 

14 komentarzy

  1. mam nadzieję, że o tym, że nie już nie lubisz swoich synowych piszesz z przymrużeniem oka 😉 bo podejrzewam, że niejedna wredna teściowa, na którą narzekamy miała dokładnie takie samo podejście, kiedy jest dziecko było dzieckiem

  2. Pierwszy raz czytam Twojego bloga i chyba zostanę dłużej 🙂
    Tekst bardzo mi się podobał, trafiasz w sedno. Poza tym czytając opis o Tobie widzę wiele wspólnego (też jestem anglistką, nie pracuję od 4, mam (póki co) dwójkę dzieci, ćwiczę i lubię zdrową i smaczną kuchnię). Pozdrawiam

  3. A ja widziałam na stażu (jestem lekarzem) jak matka wymuszala na specjaliście aby wypisal zwolnienie z wfu. A dziecko patrzylo blagalnie na lekarza,że jednak on chce ćwiczyć. Pomimo przekonywania matki,że nie ma przeciwwskazań do ćwiczeń nie dała się ublagac. Kochane mamy pozwólcie swoim dzieciom biegać i uprawiać sport. Naprawdę niewiele jest do tego przeciwwskazań,nawet chore dzieci mogą ćwiczyć z pewnymi tylko ograniczeniami.

  4. Bardzo ciekawy tekst. Osobiście jestem przykładem kiedy zabrakło w myśleniu moich rodziców, że wychowują mnie dla kogoś. Niestety jest to przyczyną wielu trudności w relacjach. Jedno zdanie mnie zatrzymało : „Im więcej dzieci tym większy kłopot z brakiem samodzielności.” Mam inne doświadczenie : obserwuję, że dzieci z rodzin wielodzietnych są bardziej samodzielne. Pozdrawiam

    1. to pewnie zależy od rodziny. ja akurat obserwuję, że jak jest więcej dzieci, patrząc chociażby po moich znajomych mających rodzeństwo, to rodzice zatrudniając opiekunkę czy korzystając z pomocy rodziny do młodszych automatycznie zapewniają pomoc starszym dzieciom. ja jestem jedynaczką, tata jest kierowcą ciężarówki, więc w domu go nie było tygodniami i mama nie miała nikogo do pomocy. jak wróciła do pracy miałam 5 lat (szczęście, że mogła sobie na to pozwolić, nie wiem co by było, gdyby nie mogła) i bez problemu zostawałam sama w domu, a jak poszłam do podstawówki i mama akurat miała drugą zmianę to wracałam sama do domu, odgrzewałam sobie obiad i sama sobie dawałam radę. fenomenalnie umiałam się bawić sama ze sobą, ubierać, czytać, liczyć pieniądze, dzięki czemu sama też poszłam do sklepu i ze swojej perspektywy uważam, że to właśnie bycie jedynaczką sprawiło, że byłam i jestem bardzo samodzielna

  5. Tylko żeby nauczyciele to rozumieli i przestrzegali. Jak jest zwolnienie z części ćwiczeń dla nich nic nie znaczy. Znam takie przypadki i sama na sobie tego doświadczyłam. Albo wszystko albo nic. Niestety.

  6. Według mnie doskonały artykuł – wszystko w punkt👍 widać że masz doświadczenie z nie jednym dzieckiem i wiesz, że inwestycje procentują w przyszłości. Podoba mi się rzeczowe podejście. Mnie osobiście przeraża poziom niesamodzielności i niesprawności fizycznej równolatków mojego syna😵

  7. Mój synek ma wprawdzie 9 miesięcy, a drugi w drodze to mam jednak nadzieję, że uda mi uniknąć takich błędów. Ja sama jestem wybrednym niejadkiem (pewnie to wina rodziców), to swojemu synkowi daje do jedzenia wszystko na co pozwala mu wiek, jeszcze na szczęście chyba się nie zdarzyło żeby coś mu nie smakowało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code