TEŚCIOWA Z DOWCIPÓW CZY DRUGA MAMA?

Od wczoraj zastanawiam się jak ugryźć temat relacji na linii teściowa – synowa/zięć.

Po pierwsze dlatego, że sama nie mam teściów, oboje nie żyją od wielu lat. Po drugie dlatego, że mój mąż nie ma żadnych relacji z teściami – moimi rodzicami.

Nie wnikając w szczegóły naszych rodzinnych problemów, nie ma domku bez ułomku, postanowiłam przyjrzeć się nieco wzajemnym pretensjom i zarzutom obu stron. Zapytałam na Facebooku jaka powinna być dobra teściowa oraz co drażni teściowe w synowych i zięciach.

O dziwo większość odpowiedzi świadczyła o tym, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Synowe wychwalały swoje teściowe, a teściowe w bardzo ciepłych słowach wypowiadały się na temat współmałżonków swoich dzieci.

Budujące.

Nieco inaczej wyglądają sprawy w wiadomościach prywatnych, czyli tam gdzie oko teściowej i oko synowej nie sięga.

 

Główne zarzuty synowych/zięciów w stosunku do teściowych to:

 

  1. Wtrącanie się.
  2. Krytykowanie.
  3. Zbyt częste odwiedziny.
  4. „Nieodcięta pępowina” z synem/córką.
  5. Lekceważenie zdania synowej/zięcia w kwestii opieki nad wnukami (np. podawanie słodyczy lub innych pokarmów, których dziecko nie powinno jeść).
  6. Tajemnice z synem/córką.
  7. Brak wyrozumiałości.
  8. Brak pomocy.
  9. Brak szacunku.
  10. Traktowanie synowej/zięcia jako „złodzieja/złodziejki” dziecka i nie dość dobrej/dobrego dla dziecka.

 

Główne zarzuty teściowych w stosunku do synowych/zięciów:

 

  1. Odrzucanie pomocy.
  2. Nadmierne oczekiwanie pomocy.
  3. Brak szacunku.
  4. Izolowanie partnera/partnerki od matki.
  5. Unikanie kontaktów.
  6. Skarżenie się na partnera/partnerkę, szczególnie w wulgarnych słowach (Twój syn to kawał…).
  7. Ciągłe pretensje.
  8. Brak zainteresowania sprawami teściowej.
  9. Zawładnięcie życiem córki/syna.
  10. Złe traktowanie córki/syna.

I o ile ostatni punkt, czyli złe traktowanie lub nawet krzywdzenie dziecka przez partnera lub partnerkę jest uzasadnionym powodem niechęci (nie mówimy tu o gotowaniu niedobrych obiadów czy zmuszaniu do uczestniczenia w domowych obowiązkach, mówimy o przemocy) i tu chyba każda matka staje się nieobliczalna w obronie dziecka, o tyle cała reszta powodów to głównie niedomówienia, upór, złośliwość, przerost ambicji, egoizm i brak szacunku.

Tak, trzeba nazywać rzeczy po imieniu.

Wszystko zależy od chęci.

Każdej mamie powinno zależeć na dobrych stosunkach z dzieckiem. I stawianie dziecka w sytuacji, w której miałoby się opowiedzieć po stronie mamy lub żony czy męża jest najprostszą drogą do unikania kontaktów.

To, że nie darzymy sympatią zięcia czy synowej nie może sprawiać, że będziemy im to okazywać i zniechęcać do nich swoje dziecko. Dorosły człowiek nie żyje z rodzicami, tylko z partnerem lub partnerką. Szczególnie wtedy kiedy są dzieci – wnuki należy uszanować wybór swojego dziecka, nawet jeśli nie jest on zgodny z naszymi oczekiwaniami (przypomnijcie mi to jak moi synowie będą się żenić J).

Dziecko, które musi wybierać miedzy matką a partnerem/partnerką, które ciągle żyje pod presją którejś ze stron, nie może być szczęśliwe. Czy tego my – matki chcemy dla swoich dzieci?

Drogie teściowe. Nie użalajcie się nad swoimi dziećmi, jeśli ich partnerzy dużo pracują, często wyjeżdżają, wymagają od nich zaangażowania w domu i wiele innych. To są ich decyzje. Ich życie. Ich sprawy. To oni muszą się dogadać, a Wasze trzy grosze nie są dla nich żadną pomocą.

Drogie synowe, drodzy zięciowie. Nie oczekujcie, że Wasze teściowe będą na każde zawołanie bawić Wasze dzieci i gotować Wam obiady, czy wyposażać mieszkanie. One mają też swoje życie, swoje problemy, swoje wydatki.

Drogie teściowe. Zaufajcie swoim synowym i zięciom. Chcieliby wychować dzieci po swojemu. Inaczej niż Wy. Nikt nie jest idealny. Ani Wy nie byłyście, ani oni nie są. Ale kochają swoje dzieci, a Wasze wnuki tak, jak Wy kochacie swoje. Starają się.

Drogie synowe, drodzy zięciowie, szanujcie swoje teściowe. Szczególnie te, na które możecie liczyć, które gotowe są Wam pomóc, choć potrafią dopiec swoją krytyką czy wtrącać się w nieswoje sprawy. Wybaczcie im. Kieruje nimi tęsknota za czasem, kiedy nie musiały się dziećmi z nikim dzielić.

Nie musicie się kochać. Wzajemny szacunek wystarczy.

Ja wiem, że to nie zawsze jest możliwe. Czasem sprawy zajdą tak daleko, że nikt nie widzi możliwości, żeby się wycofać.

Nie miałam z teściową dobrych relacji. Być może dziś starałabym się je naprawić. Zanim odeszła. Dla męża, którego kocham, a dla którego ta kobieta była mamą.

Taką samą jaką ja jestem dla moich dzieci.

I jeśli czegoś nie jestem sobie w stanie wyobrazić, to tego, że nie miałabym stracić kontakt z własnym dzieckiem z powodu mojego uporu i trwania w niechęci do synowej.

Chciałabym być kiedyś dobrą teściową. Mamą.

 Anna Jaworska – MumMe

Jeśli spodobał Ci się mój wpis udostępnij go proszę, klikając UDOSTĘPNIJ (kopiuj/wklej nie jest udostępnieniem).

Polub moją stronę na Facebooku https://www.facebook.com/blogmumme/

Zajrzyj na mój Instagram https://www.instagram.com/mumme_pl/

 

 

 

2 komentarze

  1. ja mam naprawdę dobrą teściową. powiedzieć, że jest mi drugą matką to za dużo, ale jest dobrym człowiekiem, można na nią liczyć i choć wkurzają mnie jej wady i różne podejście do życia nie mogę na nią narzekać. do wychowywania i do naszego życia się nie wtrąca, bo jak mówi „jak będzie mnie mieli dosyć to będziecie się ode mnie izolować i ja wtedy z wnukami będę miała na mało kontaktu. wolę się ugryźć w język i mieć kontakt z wnukami jak najczęściej”. a moi rodzice to mam wrażenie czasem, że mojego męża lubią bardziej niż mnie 😉

  2. U mnie z teściami jest różnie. Trochę się izolujemy od siebie, to ludzie, z którymi ciężko nawiązać głębsze relacje, choć o dziwo (!) mieszkamy w jednym domu. Niby nie wtrącają się do naszych spraw, bo fizycznie nas unikają, ale… gdy przyjdzie co do czego, to często jednak decydują o czymś (bez konsultacji z nami), co nas również, jako mieszkańców jednego domu dotyczy.
    Mamy ogromny dom, ja z mężem zajmujemy parter ( na nasze szczęście jest oddzielna łazienka, choć szkoda że z kabiną prysznicową, a bez wanny 😉 i przed moimi przenosinami zrobiliśmy też kuchnię oraz trzy pokoje i korytarz), Teściowie mieszkają na górze, na pierwszym piętrze (kuchnia, łazienka, dwa ich pokoje plus pokój drugiego syna), a pod naszym poziomem jest jeszcze piwnica, z ogromną kuchnią, spiżarnią, pomieszczeniem typu kotłownia ;), łazienką i pokojem. Wejście do domu jest jedno, ale nasz poziom oddzielony jest dodatkowymi drzwiami. W sumie to jesteśmy pozamykani każdy na swoim poziomie i w zasadzie niby jest dobrze, chociaż ja jeszcze niezbyt długo po opuszczeniu rodzinnego gniazda, bo to dopiero 8 miesięcy, jestem przyzwyczajona do dużej ekspansji życia rodzinnego. Tęsknię trochę za „normalnością” wg mnie, czyli sytuacją do której przywykłam w domu rodzinnym. Za hałasem, wspólnymi kawami z rodziną- z siostrą i rodzicami. Za żywym zainteresowaniem tym, co u każdego z nas słychać, ale bez wtrącania się i nadmiernego doradzania, co i jak należy robić. Ale… mam świadomość tego, że każda rodzina jest inna. Muszę to uszanować.
    W sumie próbowałam coś zmienić w tej rodzinie, ale doszłam do wniosku, że to chyba bez sensu. Zdaje mi się, iż jedynym co mogę zmienić w tym układzie jest moje podejście i zaangażowanie. Wygląda na to, że muszę trochę zejść z tonu i ograniczyć jakiekolwiek oczekiwania, a także „olać to” i nie przejmować się. Zorganizowałam kilka wspólnych obiadów, zaprosiłam teściów i młodszego syneczka. Niby wszystko fajnie, ale zero w ogóle tematu zaczepienia, zero rozmowy, taka jakaś cisza, martwa cisza. Tak jakby ludzie nie mieli przyjemności z przebywania z sobą nawzajem. Próbowałam coś mówić, rozniecić iskrę do dyskusji, ale miałam poczucie, iż spotykam opór. Ok, mam do czynienia z mrukami, osobami cichymi, raczej introwertykami i muszę to zaakceptować – pomyślałam. Tylko, że… pomyśleć – jedno, a wprowadzić w życie – drugie. Niestety, pytania typu: Co słychać?, Jak samopoczucie/zdrowie?, etc. nie wystarczą. Zadane w kierunku mej osoby zdecydowanie by wystarczyły.
    To, co dotknęło mnie najbardziej to brak jawnej wdzięczności. Sory, może brzmi to tak, jakbym chciała się pławić w chwale. Tyle, że chodzi mi o coś innego. O to, żeby być CZłowiekiem przez duże CZ, umieć powiedzieć dziękuję za zaproszenie, uśmiechnąć się, cokolwiek. Nie chodzi mi o „moje wielkie dokonanie”, jakim jest obiad, bo to nie jest przecież mega wyczyn, ale… zazwyczaj, gdy zapraszam gości do siebie, to jednak mimo wszystko z ich ust padają jakieś miłe słowa w stosunku do mnie, czy do mojego męża, atmosfera jest wtedy zupełnie inna. Jestem wymagająca, prawda?!
    Na obiadach z naszymi Teściami chwile ciszy są przerywane stwierdzeniami, zazwyczaj Pana Teścia. Gdy do głosu próbuje dojść Pani Teściowa, to mimo, iż jej wyczyn poprzedzało 10 minut ciszy, Pan Teść musi wtedy akurat ją zagłuszyć, ewentualnie ośmieszyć. PASKUDNE TO! GODNE POTĘPIENIA!!! Pan Teść podczas obiadów mówi, np. „w tym roku musimy wymienić balustradę w drzwiach…”, „kupujemy nowy piec…”, „ogrodzenie jest do wymiany…”, „na podwórku trzeba posadzić nowe drzewa…”, „musicie wymienić grzejniki na parterze, bo przez stare grzejniki zabieracie nam ciepło…”, itp. itd. Mówi to wszystko w taki sposób, jakby te tematy były wcześniej przedyskutowane i cokolwiek było ustalone, ma się również poczucie oczekiwań finansowego wsparcia inicjatywy. Ale… kurczaki, we mnie się rodzi bunt. Bo przecież jeśli ja i mój mąż nie widzimy np. potrzeby wymiany balustrady, bo ta jeszcze nie jest aż taka straszna i stara, to dlaczego ze względu na pomysły teścia mamy się do tego dokładać? Jego widzimisię, brak logicznych przesłanek, brak chęci wydawania kasy z którą póki co uczymy się obchodzić i jest dość krucho. To jest przykre. Spotykamy się na obiad, atmosfera jest smutna i jeszcze dodatkowo dowiadujemy się, że powinniśmy się dorzucać do jego inicjatyw, bo jesteśmy współmieszkańcami. Tak jakby nie można było dyskutować w ciągu innych dni, tylko koniecznie trzeba „umilić” atmosferę i tak „martwego” obiadu. No, ale dobra. Pewnie z czasem, gdy dojrzeję do tego, by zabrać głos w kwestiach finansowania ewentualnych remontów, zmian, etc. części wspólnych, wtedy w sposób jasny i spokojny powiem mu, co myślę. Dodam też, że nie podoba mi się to, iż jego żona wiecznie jest zagłuszana. Bo tak być nie powinno. Szkoda mi, że w tym małżeństwie do tego doprowadzono, że jest jak jest. Bo do jasnej anielki: Czy żona to służebnica męża? Czy facet, który ma ok.60 jest wyrocznią wszelkich prawd? Czy kobieta nie ma prawa się wypowiadać? Który to wiek? XVII?
    A Teściowa -zdaje się jest zmęczona życiem, ale chce dobrze, jest zahukana, bo mąż ją zagłusza, ale nic z tym nie robi. Z drugiej strony: już nie raz i nie dwa odczuliśmy zazdrość, że spędzamy trochę czasu u moich rodziców, bo nas zapraszają. Odczuliśmy też jej zazdrość, gdy my zapraszaliśmy moich rodziców. Nie ogarniam tego. Na codzień się nie widujemy, mimo jednego wejścia do domu, zdarza się, że ja nie widuję tej rodziny przez kilka tygodni i tylko mój mąż przynosi informację o opłatach, jakie w danym miesiącu musimy ponieść. A mimo wszystko… jakiś taki niedosyt czuję. Bo chciała bym, żeby było milej. Ale jak się nie da, to muszę zaakceptować chyba taki stan i po prostu olać.
    Z drugiej strony: ci ludzie nie są źli, tylko są nieszczęśliwi, bo nie umieli zbudować relacji opartych na szacunku, miłości, tolerancji, akceptacji. Mam takie poczucie, mogę się mylić.
    Sory, że się tak rozpisałam, ale przelałam tutaj to, co mi na wątrobie leży…
    A z jeszcze innej perspektywy: nie widujemy się, oni nie wiedzą co u mnie, ja nie wiem co u nich się dzieje, nikt do nikogo się nie wtrąca i przynajmniej jest SPOKÓJ 😉

Comments are closed.