CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?

Wracając wczoraj z Włoch do domu jadłam zapiekankę, a z tyłu głowy błąkała się myśl: od jutra znowu trzeba przejść na dietę.

Dlaczego? – pytam siebie zawsze w chwilach słabości. Przecież nie mam nadwagi. Mam 167 cm wzrostu, ważę w porywach do 67 kg, BMI w normie, jestem w miarę proporcjonalna.

Ale tu fałdka, tam się wylewa, nogi jakieś takie tłustawe, w bikini wyglądam słabiuteńko, a w rozmiar 36 nie mieszczę się już od dawna.

Nie oszukuję się. Żeby wrócić do wagi sprzed dzieci musiałabym trzymać restrykcyjną dietę i ćwiczyć 4-5 razy w tygodniu. Był nawet moment, że to robiłam – 2 lata temu. Potem odpuściłam i dziś trudno mi powrócić do tamtej motywacji. Bardzo trudno.

Codziennie jesteśmy bombardowane przez media społecznościowe gładkimi, wypiętymi pośladkami, nogami do nieba, opalone twarze śmieją się do nas idealnie białymi zębami pokazując swoje koktajle, śniadaniowe owsianki, komosę ryżową na lunch, stek z tuńczyka na obiad i jarmuż na kolację.

Wiele z nas codziennie zastanawia się – co jest ze mną nie tak do cholery? Dlaczego nie potrafię odmówić sobie zjedzenia czegoś tuczącego? Dlaczego nie chce mi się iść poćwiczyć? Dlaczego częściej szukam wymówek niż możliwości?

Już wyjaśniam.

Po pierwsze jesteśmy ludźmi. Tak po prostu. Mamy słabości, lubimy białe pachnące bułeczki, lody, czekoladę, pizzę i ciasto z rabarbarem i bezą. Kiedy jesteśmy zdrowi trudno nam racjonalnie odmówić sobie przyjemności zjedzenia tego, co lubimy. Ba, często trudno nam nawet, gdy jesteśmy chorzy lub uczuleni na dany pokarm!

Po drugie kultura jedzenia w Polsce nadal pozostawia wiele do życzenia. Od jakiegoś czasu trochę łatwiej zjeść w mieście coś świeżego i zdrowego, ale w małych miastach nadal możemy przegryźć tylko kebab, zapiekankę i fryty. Jeśli nie zrobimy sobie zdrowego posiłku w domu zapewne albo nie zjemy nic, albo jakieś badziewko. Jeśli nic, wrócimy do domu i pożremy konia z kopytami.

Po trzecie nie mamy sportowych nawyków. Nasi rodzice nie uprawiali raczej sportów, my ganialiśmy po podwórku, niektórzy z nas chodzili na SKS i to wszystko. Klimat w naszym pięknym kraju też sprzyja raczej magazynowaniu niż spalaniu. Jakiekolwiek formy ruchu większość z nas wprowadza jedynie w okresie wiosna – lato – wczesna jesień, bo zimą jak mamy się rozbierać, ubierać, marznąć po drodze, to odechciewa nam się ćwiczyć.

Po czwarte nie mamy czasu. Mamy obowiązki, dzieci, pracę, zakupy i milion innych rzeczy na głowie. Czasem ciężko jest wygospodarować czas na trening – nawet ten domowy, czy przygotowanie posiłków na następny dzień.

Po piąte jesteśmy zmęczeni. Jesteśmy zestresowani, mamy problemy finansowe, zawodowe, osobiste i często trudno nam wykrzesać z siebie cokolwiek więcej niż codzienna egzystencja. I nie chodzi tu o lenistwo, bynajmniej nie jestem leniwą osobą, ale o brak magii w baku. Zamknięte koło.

My, kobiety dodatkowo urodziłyśmy dzieci, wiele z nas ma problemy z hormonami, depresję czy inne dolegliwości, które nas ograniczają.

Trenerzy i eksperci dietetyczni, którzy mówią nam w telewizji i internecie, że to takie proste i wystarczy chcieć, to ludzie młodzi, często bezdzietni, którzy żyją z uprawiania sportu. Żyją w trochę innej bajce.

Ja też przez moment zachłysnęłam się myślą, że to kwestia priorytetów, nic trudnego i tym podobne bzdety. To nie jest takie proste i oczywiste, o czym miałam okazję przekonać się na własnej skórze.

Takie są fakty. Trochę smutne, ale cóż. Życie.

Co zatem robić? Jak pogodzić tę słabość z marzeniami o ładnej sylwetce. Jak walczyć z niemocą i łakomstwem?

Ja przede wszystkim staram się wykorzystywać lepsze dni. Te, w których nie sprawia mi problemu ograniczenie kalorii i zamiana posiłku niezdrowego czy wysokokalorycznego na zdrowy i lekki. Te, w których czuję się dobrze, mam czas, nic mnie nie boli, nic mi nie wypada i mogę pójść na trening. Mam chory kręgosłup, więc muszę ćwiczyć. Powinnam to robić częściej, ale wychodzi tak, jak wychodzi. Staram się.

Dziś odpuszczam już bycie fitmamuśką. Nie łudzę się już, że zostanę sportowcem, bo to nigdy nie nastąpi. Nie zrezygnuję też z jedzenia, bo kocham jeść, a jemy w domu naprawdę smacznie i zdrowo, choć nie zawsze niskokalorycznie. Naprawdę znam niewiele osób, które żywią się tylko jajkami, awokado i orzechami i nie mają pokusy, żeby zjeść porządne spaghetti czy pączka – szczególnie takiego domowego.

Obiecuję dwie rzeczy. Będę się starała zwykle wybierać zdrowszą opcję, wtedy wpadki nie będą takie szkodliwe. Będę też ćwiczyć przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Obiecasz sobie to samo?

Taki złoty środek.

Jeśli tak, to zapraszam Cię po motywację do moje grupy na Facebooku – GRUPA CUD (Czas Unieść Doopę) MumMe Team Sport i Zdrowe Odżywianie. Takiej pozytywnej grupy próżno szukać w całym Internecie.

 Ania Jaworska – MumMe

Jeśli spodobał Ci się mój wpis udostępnij go proszę, klikając UDOSTĘPNIJ (kopiuj/wklej nie jest udostępnieniem).

Polub moją stronę na Facebooku https://www.facebook.com/blogmumme/

Zajrzyj na mój Instagram https://www.instagram.com/mumme_pl/

 

 

 

6 komentarzy

  1. Takiego tekstu dziś potrzebowałam. Aniu strzeliłas w sama dziesiątkę. Mam dziś tak słaby dzień że szkoda słów. Zawsze jestem twarda i silna. Ale dziś wstałam lewa noga totalnie. Też nie raz próbowałam być fit i zawsze tak samo to się kończy. Wjeżdża mąż z winem w sobotni wieczór i wszystko szlak trafia… Pozdrawiam cie serdecznie.

  2. Przypomnij sobie ile masz lat i pomyśl, że tego NAJLEPSZEGO życia zostało Ci zapewne jeszcze połowę tego co przeżyłaś. I teraz pomyśl, czy na prawdę chcesz katować się przez kolejne kilkanaście lat dietami, siłowniami, spinaniem pośladków, żeby wyglądać jak gwiazda (która jest po kilku operacjach, ma niańkę dla dzieci, kucharza, sprzątaczkę, szwaczkę i pewnie kogoś kto jej tyłek wyciera). Zapewne osoby szczupłe czują się super, nie wiem bo nigdy taka nie byłam, mam dużo nadprogramowych kg po pierwszej ciąży i nie mam zamiaru ich zrzucać do drugiej, a jak już urodzę i będę miała czas, kasę i przede wszystkim siły czy ochotę, to może skuszę się do zjechania do rozmiaru 40/42 czyli wtedy kiedy poznałam męża 🙂 Mamy JEDNO życie, którego moim zdaniem nie warto marnować na diety i wciąganie brzucha, bo po co? Czujesz się dobrze jedząc lody? I o to właśnie chodzi – żeby czuć się dobrze. Jeśli ktoś czuje się dobrze jedząc bezglutenową pizzę ze szczawiem i popijając smoothie z pokrzywy z ksylitolem to też super 🙂 Bądź sobą, nie odchudzaj się, bo wg mnie wyglądasz PIĘKNIE 🙂 :*

    1. Dzięki 😁 ja z rozmiaru 38 po dwóch ciążach urosłam do 42/44! Ale nie mam siły i czasu na treningi. Kiedy jest się bombardowaną hasłami typu „to kwestia organizacji” lub „to łatwiejsze niż myślisz ” mdli mnie. To nie jest łatwe a w tej chwili muszę dawać z siebiec150% dzieciom. Fajnie że są jeszcze normalne kobietki bo zaczynałam się dołować … 😙

  3. Bardzo mądre słowa…😊czyli są jeszcze normalni na tym „sweetaśnym selfiaczkowym” świecie 🤗
    Uff…całe szczęście 😉

  4. Myślę, że po prostu myślenie jest błędne… najgorzej uprawiać sport i być na diecie, żeby wyglądać fit… to jest bardzo ciężko osiągnąć mając dzieci, dom, pracę… i bardzo często efekty nie są zadowalające i rezygnujemy, bo nie mamy tego, czego chciałyśmy.
    ALE…
    jeśli potraktować to jako hobby, przyjemność, możliwość spotkania się z innymi ludźmi bez priorytetów w postaci fit ciała?
    Mam 31 lat i dwójkę synów (6 i 9 lat). Przed ciążami chodziłam na fitness i generalnie miałam na tym punkcie lekkiego świra. W ciążach też coś tam działałam, nie przytyłam dużo (12 i 9 kg). Jak młodszy syn miał jakieś 1,5 roku nie mogłam już wytrzymać i wróciłam na zajęcia fitness. Jednak po jakimś czasie mi się to znudziło (ciągle to samo, każdy sam sobie). Dwa lata temu poszłam zobaczyć jak będzie na zajęciach pole dance i już zostałam, potem doszło kettlebell hardstyle (siła + prawidłowa postawa ciała) i wróciłam do tenisa. I powiem Wam, że nigdy nie traktowałam tego jako dążenie do fit ciała, tylko jako hobby… czerpię przyjemność z wyjścia, porozmawiania z ludźmi, z wyjazdów na warsztaty. Jest fajnie. I nikt nie patrzy, że fałdka wystaje tu czy tam… bo po ludziach widzę, że trudno jest zrobić fit ciało i przeważnie rzeczywistość wszystko weryfikuje. Ja mam predyspozycje to muskularnego ciała, ale większość nie ma i sport wiele w sylwetce nie zmienia. Nie stosuję żadnej diety, bo nie mam czasu na babranie. Jem po prostu w miarę zdrowo i pilnuję wagi, ale błędy dietetyczne popełniam notorycznie 😉
    I podsumowując, pracuję 8-16, dwójka dzieciaków, 6 godzin treningów w tygodniu, zajęcia dodatkowe dzieci, mąż dużo pracuje, więc większość sama muszę ogarnąć jeśli chodzi o dzieci i dom. Mam czas, żeby dzieciom poczytać (sama lubię czytać), pograć z nimi w kosza czy w nogę, pokazać im, że sport może być fajny, ale że to nie wszystko. Kwestia organizacji.

    I teraz najważniejsze… moim hobby jest sport… ale jeśli Twoim jest szycie, robienie na drutach… cokolwiek to to rób. Ważne, żeby robić coś dla siebie. Sport można uprawiać w mądrym wymiarze dla zdrowia (mój wymiar sportu już chyba nie jest zdrowy…). Jeśli sport, to mądrze wybrać dyscyplinę i chodzić dla PRZYJEMNOŚCI, a nie dla katowania się, bo to nie ma sensu 🙂

    Skończyłam dziękuję 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code