MAM ODWAGĘ POWIEDZIEĆ: NIE WIERZĘ

Nigdy nie wierzyłam w Boga. Kiedyś nawet bardzo się starałam uwierzyć, zazdrościłam moim koleżankom w podstawówce ich wiary. Dumnie nosiły na palcach obrączki Rycerstwa Maryi, gorliwie modliły się w czasie mszy, chodziły na spotkania.

Raz nawet pojechałam na „wakacje z Bogiem”. Ten wyjazd do Kamienicy Królewskiej wspominam koszmarnie. Czułam się jak kwiatek przy kożuchu, jak piąte koło u wozu, jak czarna owca, która mimo najszczerszych chęci nie potrafi uwierzyć.

Mój ojciec jest zadeklarowanym ateistą. Pamiętam, kiedy jako dziecko pytałam go o to, co stanie się z nami po śmierci mówił: „nic”. Nigdy nie widziałam, żeby moja mama się modliła, do kościoła przychodziła tylko na uroczystości jako gość.

Zostałam ochrzczona, przyjęłam komunię i bierzmowanie, bo wszyscy przyjmowali. Skoro nie byliśmy innego wyznania, to znaczy, że byliśmy katolikami – tak się przyjęło.

To nic, że nikt w mojej rodzinie nie chodził do kościoła, nie przyjmowaliśmy kolędy, nie modliliśmy się. Katolicy. Taki worek, w który upchnięci byli również niewierzący.

I przyszedł moment, w którym zapragnęłam z tego worka wyjść i zacząć normalnie oddychać.

Bez presji społecznej, bez „powinnam”, bez „wypada”. Dojrzałam do tego, by powiedzieć głośno – NIE WIERZĘ W BOGA.

Ale po kolei…

Pierwszy raz spróbowałam się zbuntować w pierwszej klasie liceum. Na lekcję religii przyszedł ksiądz, który po wejściu do klasy zadał nam pytanie: „czy wierzycie w horoskopy?”.

Zgłosiło się nas kilkanaście osób. Ksiądz wpadł w furię. Zaczął nas wyzywać od pomiotów szatana, spadł na nas grad obelg i inwektyw. Wyszłam. I powiedziałam, że nie wrócę.

Nie wróciłam. Lata 90-te to był czas, w którym nie było to popularne, ale nie interesowało mnie to. Nie chciałam w tym uczestniczyć, więc tak się stało.

To nie był jednak koniec moich relacji z kościołem.

W 2003 roku, w wieku 23, lat wzięłam z moim obecnym mężem ślub kościelny. On również nie chodził na religię w technikum, miał podobne stosunki z kościołem jak ja, ale mimo wszystko zdecydowaliśmy się na ślub konkordatowy. Dlaczego? Nie wiem. Może dla białej sukni, kwiatków i Ave Maria? Było pięknie, doniośle, magicznie…

Dziś nie zdecydowałabym się na taki ślub. Dziś byłby to ślub cywilny, być może na jakiejś pięknej plaży albo w ogrodzie. Już wtedy miałam poczucie, że przysięgam człowiekowi, z którym chcę spędzić życie, mężowi, a nie Bogu, w którego nie wierzę.

Igora ochrzciliśmy, kiedy miał kilka miesięcy. Tak się robiło. Formalnie byliśmy przecież katolikami, więc „wypadało” go ochrzcić. Podobnie było z Olivierem, choć tu ociągałam się już i pamiętam, że przyjął chrzest, gdy był dość duży – na pewno już chodził.

Żałuję. Nie powinnam była tego robić.

Olivier kategorycznie odmówił uczestnictwa w zajęciach religii po drugim spotkaniu z katechetką w przedszkolu. Powiedział, że nie i koniec. Nie zmuszałam go, szczególnie, że już wtedy dość wyraźnie widziałam jak daleko jestem od kościoła.

Po pierwszym spotkaniu w sprawie komunii Igora nasz najstarszy syn sam zdecydował, że nie chce w tym brać udziału. Zrezygnował też z chodzenia na religię.

Dziś myślę, że było to naturalną konsekwencją tego, że wychowują się w domu, w którym wszyscy są ateistami. Religię katolicką traktujemy jako jedną z wielu. Mamy znajomych i przyjaciół różnych wyznań, na całym świecie – protestantów, prawosławnych, muzułmanów, buddystów. Szanujemy ich wiarę. Podobnie jak szanujemy wiarę katolicką. Szanuję ludzi wierzących, w co by tam nie wierzyli, ale pod warunkiem, że ich wiara jest prawdziwa, a  nie na pokaz. Dla tych, którzy rzeczywiście żyją zgodnie z zasadami wyznawanej religii i miłości do bliźniego.

Niestety znam wiele osób, które deklarują prawdziwą wiarę, a swoim postępowaniem, postawą, stosunkiem do ludzi przeczą jej podstawowym założeniom.

Brzydzę się taką obłudą.

Powiedzenie „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą” bardzo dobrze określa tych, którzy są złymi ludźmi, a pod przykrywką gorliwej wiary potrafią krzywdzić innych, są obojętni na drugiego człowieka, żyją w kłamstwie, braku poszanowania i tolerancji, zaślepieni doktryną.

Zawsze przeszkadzało mi w kościele to, że było tam tak smutno. Ludzie zawodzili żałośnie, było ciemno, zimno, nieprzyjaźnie, księża wywyższali się i traktowali ludzi z góry.

Z podziwem patrzyłam na baptystów, którzy z radością tańczyli i śpiewali, jakby byli na imprezie u swojego Pana.

Kiedy już jako dorosła osoba zaczęłam orientować się, ile w tej instytucji zła, przestępstw tuszowanych latami, pedofilii, w jaki sposób kościół próbuje mieszać się w politykę, jak korzysta z pieniędzy, które odprowadzamy do budżetu w postaci podatków, jak tragiczny w skutkach jest celibat, który, dla pieniędzy, ingeruje w naturalne i podstawowe potrzeby człowieka, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę być tego uczestnikiem – ani biernym, ani tym bardziej czynnym.

Niektórzy powiedzą, że przecież kościół to nie Bóg, że można wierzyć, a jednocześnie nie akceptować doktryny kościoła i postępowania kleru.

Być może. Jeśli się jednak nigdy nie wierzyło, a religia jawi się jako mit, coś, co ludzie wymyślili, by móc zawierzyć jakieś sile wyższej to, na co nie mają wpływu, to postępowanie kościoła bulwersuje jeszcze mocniej. Do tego stopnia, że człowiek nie ma ochoty mieć z nim nic wspólnego.

Czy bałam się o dzieci, kiedy zrezygnowaliśmy z religii w szkole, tego, że będą wyśmiewane czy prześladowane?

Ani trochę. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji i poruszyłabym wszelkie instytucje, by na to nie pozwolić.

Kiedy Igor był w drugiej klasie, przyszedł któregoś dnia do domu (wtedy chodził jeszcze na religię) i powiedział, że ksiądz bił dzieci w czasie lekcji. Ciągnął za uszy, robił „kokosy” na głowie, wyrzucał piórniki do śmietnika. Zagotowałam się. Najpierw zadzwoniłam do wychowawczyni. Następnego dnia udało jej się ustalić, że nasz syn mówił prawdę, ale dzieci bały się o tym powiedzieć. Jakie szczęście, że on się nie bał! Jacek pojechał do szkoły porozmawiać z dyrekcją. Kilka dni później ksiądz przestał być pracownikiem szkoły – po wezwaniu przez Radę Rodziców zrezygnował sam. Nadal jednak jest proboszczem w parafii.

Nie będę powtarzać plotek, choć wiem, że są prawdziwe, ale to żaden autorytet dla kogokolwiek.

Trzy lata temu podjęłam decyzję o całkowitym odcięciu się od kościoła.

Żadnych mszy, święcenia jajek, żegnania się w trakcie zwiedzania katedry czy wizyty na cmentarzu, żadnych „szczęść Boże” na widok księdza i innych gestów i zwrotów, którymi zostaliśmy zindoktrynowani jako dzieci.

Dlaczego zatem obchodzę święta?

Bo to element tradycji. Nie ma dla mnie nic wspólnego z wiarą. Śmieszy mnie wręcz jak wierzący oburzają się na to. Sami obchodzą święta nie tak jak stanowi o tym ich religia, tylko tak, jak się tradycyjnie przyjęło. Nie skromnie, tylko z obżarstwem, alkoholem, choinką i oglądaniem Kevina. Z Mikołajem i prezentami. A w Wielkanoc z zającem, żurkiem i śmigusem dyngusem. To nie są katolickie obchody. Dla mnie mogłyby być każdego innego dnia w roku, a świętuję, bo jest to nasza, polska tradycja. Nie czuwam, nie chodzę na pasterkę, nie uczestniczę w mszach, nie przyjmuję kolędy, nie święcę pokarmów, nie czytam Pisma Świętego, pod obrus kładę łuski karpia na szczęście. Kupuję tonę prezentów, jeśli mam za co i jem pyszności. Żurek i bigos nie są elementem świętowania zmartwychwstania moi Drodzy.

Ot i cała tajemnica świąt u niewierzących.

Potrzeba mi było wielu lat, żeby w kraju, który jest współrządzony (albo i rządzony) przez kościół powiedzieć „nie wierzę”. Żeby być osobą publiczną, która powie „nie wierzę”. To nadal wielkie tabu, choć wiem, że jest nas – niewierzących – coraz więcej. Piszecie do mnie w listach, że czujecie podobnie, ale brak Wam odwagi. Bo co powie teściowa, co powie ksiądz, co powiedzą rodzice kolegów ze szkoły.

A my proszę Państwa żyjemy dla siebie. Nie dla innych. I nie po to, by spełniać czyjeś oczekiwania. Z racji tego, jak zostaliśmy wychowani, tak często robimy jeszcze to, co „wypada”, nawet jeśli kłóci się to z tym, co czujemy i w co naprawdę wierzymy. Mam nadzieję, że nasze dzieci już nie będą miały tego kagańca. Jeśli będą chciały w coś wierzyć, to dlatego, że to poczują, a nie dlatego, że ktoś coś na nich wymógł, do czegoś je zmusił, przystosował.

Staram się być dobrym człowiekiem. Dobrym, nie znaczy uległym i bezrefleksyjnym.

Nauka bezspornie udowadnia to w jaki sposób powstało życie i świat, który znamy i bynajmniej nie trwało to 7 dni. Nauki kościoła są dla mnie zwykłymi mitami, bajkami, fikcją literacką, nie są poparte żadnymi dowodami, argumentami, niczym na czym można się oprzeć.

To, co zawiera Biblia, to czego naucza kościół zaprzecza racjonalnej wiedzy o człowieku i świecie.

Teologia nie jest nauką.

Jako racjonalistka nie umiałam, nie umiem i nie będę umiała uwierzyć w istnienie żadnego boga (wcześniej Bóg pisałam wielką literą, z szacunku do moich prawdziwie wierzących czytelników).

Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie nawracać, bo wiara nie jest dla mnie czymś do czego można kogoś przekonać. Przekonać można kogoś do faktów, a religia nie jest faktem. Jest oparta na domysłach, przekazie (podobnie jak legendy czy mity), katechezie (czyli nauczaniu wiary) i zaprzeczaniu rzeczywistości.

Rozumiem, że ludziom jest łatwiej wierzyć, że jest ktoś/ coś, kto/co ma moc sprawczą, jest siłą wyższą, pomaga, prowadzi, można się do niego zwrócić. Zawsze tak było. Swoich bogów miały plemiona, mieli starożytni Grecy i Rzymianie, ale ich bogowie są dla nas dziś bohaterami bajek – lektur szkolnych. I Bóg katolicki tak samo kiedyś będzie takim właśnie baśniowym bohaterem naszej epoki. Już pokolenie naszych dzieci raczej nie będzie chciało kontynuować tego kultu.

Teraz żyję w zgodzie ze sobą. Ze swoimi przekonaniami, z tym co myślę i czuję. Pomagam innym, całe dorosłe życie jestem żoną jednego męża, matką trójki dzieci. Żyję uczciwie w stosunku do siebie i ludzi.

Nie namawiam nikogo do odejścia od wiary. Namawiam do tego, by nie być hipokrytą i nie żyć w zakłamaniu. By być w porządku wobec siebie i innych. By kochać bliźniego, jak siebie samego. By szanować innych bez względu na to, w co wierzą, jeśli nikogo nie krzywdzą.

Tyle ode mnie.

Peace & Love

Anna Jaworska – MumMe

20 komentarzy

  1. Podpisuję się pod tym rękoma,nogami czym się da .Zgadzam się z tobą w 100 %.Czytając twoją historię poczułam się jakbym czytała w 100% o sobie.Dokladnie przeszłam to tych samych wniosków i też uważam się za osobę niewierząca(choć powiedzenie tego głośno trochę mi zajęło czasu).Naszczęście moje dzieci mają wybór i dorastając same będą decydować czy wierzą czy nie.Bo tak naprawdę nam to odebrano, z góry narzucajac w co i czy mamy wierzyć.Jesteśmy w tym samym wieku,więc żyłyśmy w tych samych czasach i kiedyś nikt nie mówił o tym głośno.Ale to za nami. Kiedyś w telewizji słyszałam bardzo mądrą wypowiedź papieża Franciszka:nieważne jest czy jesteś wierząca czy nie ,ale ważne czy jesteś dobrym człowiekiem.Na tym kończę moją wypowiedź i gorąco pozdrawiam i cieszę się że są tacy ludzie jak ty którzy nie boją się mówić głośno o trudnych sprawach. Pozdrawiam

    1. Podziwiam, ja mam z tym problem. Narzeczony do kościoła nie chodzi, a wymaga ode mnie ślubu kościelnego. Rodzice do kościoła nie chodzą, a wymusili na mnie bierzmowanie i komunię.
      Nie wiem już co mam robić by się od tego cyrku uwolnić. Często mam myśli że powinnam się zabić, wtedy nie musiałabym znosić zmuszania mnie do rzeczy których nie chcę. Często czuję się tak jak by mnie psychicznie i duchowo gwałcono. Tym dla mnie jest wymuszanie na mnie praktyk religijnych i wiary katolickiej, gwałtem na psychice.
      Chcę móc wreszcie oddychać, pobrać się w urzędzie stanu cywilnego, posłać dziecko na etykę i religioznawstwo, podstawy filozofii.
      Po prostu żyć jak człowiek a nie niewolnik

  2. Szanuję Pani poglądy. Cieszę się, że ma Pani odwagę mówić głośno co myśli 😉 i stara się Pani być dobrym człowiekiem , pomagać innym… 🙂
    Szkoda, że doświadczyła Pani kościoła z takiej strony… niestety oszołomów nie brakuje w żadnej dziedzinie życia… :/
    Bynajmniej teologia jest nauką, tak samo jak np. filozofia; religia też nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, a m.in. w samej teologii czy też nauczaniu kościoła nikt poważny nie mówi ze świat powstał w 7 dni itd. są tzw. seny czytania Pisma Świętego np. To, że jakieś oszołomy tak mówią – no cóż, niestety…. czy wykorzystują religię do takich czy innych celów… :/ i to że ludzie kościoła i tzw. hierarchia ukrywa(ła) różne rzeczy to woła o „pomstę do nieba” to każdy ma prawo a wręcz powinien upominać się o ukaranie takich czynów! Sama staram się interweniować! I sama próbuję też zaczynać często od siebie i oby wszyscy wierzący zaczynali od siebie!
    Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie 🙂

  3. Troche brak tu fundamentalnych prawd wiary, ot takie tam o kosciele i ksiedzu. Zycie w wierze to milosc lecz nie naiwnosc, milosierdzie, ale nie glupota. Prawdziwa radosc to radosc serca, nie chwilowa przyjemnosc, ktora czesto prowadzi do uzaleznien. Nie zgadzam sie z ta trescia jednoczesnie szanuje wybor i odwage. Pozdrawiam.

  4. Religia (każda) to zbiór mitów, bajek i urojeń. Wiara to rodzaj choroby psychicznej, czasem nieszkodliwej ale często śmiertelnie groźnej…

  5. Dziękuję za ten wpis. Nie jesteśmy zatem w tym same 🙂 prawie wszystko czytałam jakby to była moja historia… doszłam do tego trochę wcześniej o tyle, że nie poszłam ścieżką ślubu kościelnego a moje córki nie są ochrzczone. To będzie ich wybór w przyszłości co z tym zrobią. Jedna chciała chodzić w szkole na religię- ok, zapisała się, pochodziła rok i powiedziała, że już Jej wystarczy. Szanuję, nie namawiam, ale też nigdy nie neguję u innych potrzeby wiary i to przekazuję dzieciom. Wszyscy jesteśmy ludźmi, żyjmy i dajmy żyć innym. Szanujmy się. Cała reszta została opisana wyżej za co dziękuję ?
    Ania

  6. Szanuję Pani poglądy, ale przykro mi jest patrzeć na to jak przerażające (szczególnie dla dzieci) musi być myślenie, że po śmierci „nie ma NIC”. Nie uważa Pani, że życie wtedy traci sens? Oczywiście najważniejsze jest bycie zwyczajnie dobrym człowiekiem bez względu na wiarę… Ale czy nie jest też tak, że Pani poglądy wywodzą się z poglądów Ojca, który otwarcie przyznawał, że jest ateistą? Tak samo poglądy i niechęć do religii u Pani dzieci nie wzięły się znikąd…

  7. Szanowna Pani,
    piszę jako osoba głęboko uduchowiona i uznająca Boga w swoim życiu (jednak wg. siebie nie jestem idealnym katolikiem). Chciałam tylko powiedzieć, że w całym moim życiu niejednokrotnie odczułam bliskość wynikającą
    z głębokiej wiary, tego nie da się wytłumaczyć to trzeba odczuć w swoim sercu, jest to tajemnica wiary która daje siłę by żyć. Każdemu życzę by taką więź i relację w swoim życiu nawiązał z Bogiem. Skłamałabym mówiąc, że sama nigdy nie zastanawiałam się nad tym wszystkim, bo fakt np. Biblia Stary Testament wygląda jak opis science-fiction jak fikcja. W dzisiejszych czasach ciężko jest uwierzyć , wielu ludzi typu ksiądz, biskup, którzy powinni dawać wzór do naśladowania powodują niechęć i zgorszenie niejednokrotnie swoim zachowaniem. Dodatkowo przeciwności losu, wszelakie trudy , ciężkie choroby powodują tysiące pytań dlaczego , oraz stwierdzenie że Boga nie ma. Nie jest łatwo przekazać wiarę trzeba chcieć uwierzyć i szukać Boga. Nie namawiam nikogo do zmiany poglądów ale MAM ODWAGĘ POWIEDZIEĆ WIERZĘ.
    Pozdrawiam

  8. Powiem tak. Oczywiście szanuje Twoje rozumowanie i Twój wybór. Każdy z nas jest inny i inaczej odczuwa.
    Jednak opowiem Ci skrótowo moją historię, a Ty sama wyciągniesz wnioski. Moje życie jako małego dziecka wyglądało jak w Twojej rodzinie. W małżeństwie szybko przestałam chodzić do Kościoła. Święta traktowałam tylko jako tradycje. Już moje najmłodsze dziecko nie przyjęlo bierzmowania, gdyż nie czuło takiej potrzeby, a my szanowaliśmy wybór. Byliśmy daleko od Kościoła i Boga. Mąż do dziś nie uznaje Kościoła. Aż los w jednym roku wystawił nas na ponad przeciętnie złe rzeczy. Pierwsze pojawiły się w styczniu, później problem rodzinny u najstarszej pociechy, szpital jednego dziecka, szpital drugiego dziecka i diagnoza lekarska dla mnie która spowodowała, że do końca życia będę czuć się źle. Ból, rozpacz i nawet widmo rozpadu tak wspaniałej rodziny jak byliśmy. Były i pomniejsze trudne sytuację i wszystko się nawarstwialo. Ja się ocknelam. Jedyną siła, która mi pomogła to modlitwa do Marii, różaniec i Milosiernego Jezusa, uczestnictwo w Eucharystii i czytanie jak twierdzisz mitów, które są w Biblii. Uwierz, że Bóg istnieje. Bez jego znaku wszystko by zostało stracone, doszłoby do wielu nieszczęść. Dał nam szanse aby wyjść z tego demonicznego życia, które nas otaczalo latami. Mąż nadal jest sceptyczny ale ja ufam i wierzę, gdyż dostałam namacalne dowody. Uwierz, że i
    Twoja idylla może zostać także wystawiona na próbę i to w najmniej oczekiwanym dla Ciebie momencie i tam, gdzie nie będziesz się spodziewać. A nawet będziesz tak pewna tego, że nic nie może się stac, że dałabyś uciąć sobie ręce z tej pewności. I może być tak, że oszalejesz, gdy się okaże że tak mogłaś się zawieść lub mógł ktoś Cie zawieść . Można oszaleć, że do tego doszło.
    Ale życzę Ci abyś w życiu na swojej drodze spotkała samą dobroć. A powyżej to może tylko moja historia zapisana przez Boga dla mnie. Uwierz, że dla Ciebie ma plan ale pewnie ma inny plan. Może łatwiejszy.

    1. Pani się tylko wydaje, w tym wypadku religia zadziałała jak narkotyk który zmienia stan umysłu, daje chwilę uniesienia. A to wszystko okraszone religijnym językiem z którego nic nie wynika.

  9. bardzo fajnie się czytało , super napisane 🙂 jestem o rok młodsza i widze te obłudę jak koleżanki niby mówią że są niewierzące ale atmosfere świąt i prezenty to już lubią więc święta obchodzą , dla mnie to kretyństwo , no ale coż , każdy niech se żyje jak chce

  10. W Boga wierzę albo jak to nazwalas w kogoś/w coś. Cos ,ktoś musiał to stworzyć. Ale to nie jest katolicki Bóg , tylko mój osobisty. Dobry, troskliwy , szczodry. Reszta się zgadza. 🙂

  11. Pochodzę z domu w którym wiara/kościół były na pierwszy miejscu. Pamiętam to przebieranie się w odświętne stroje, ciąganie za włosy żeby pięknie uczesać. Pojawianie się co najmniej 15 minut wcześniej aby zająć miejsca… Babcia była pielęgniarką również po studiach teologicznych. Znała Biblię i całą masę chrześcijańskich przypowieści, historii itd. Już jako 4 latka nienawidziłam kościoła. Bałam się księży a dużo ich gościło w naszym domu gdyż babcia należała również do różnych zgrupowań. Śmieszyło mnie radio Maryja i wszystkie tam wydzwaniające dzieci. Uwielbiałam za to obrazkową Biblię dla dzieci, znałam na pamięć wszystkie przypowieści i podobało mi się dobro tam zawarte. Jednakże zawsze się buntowałam przeciwko naukom babci. Modliłam się kiedy miałam czas a nie wtedy kiedy ona uważała za słuszne. Nie klęczałam przy modlitwie, być może dlatego że obraz Boga jaki w tej obrazkowej bibli widziałam był wyrozumiały i dobry. Dlaczego zatem miałby mnie nie słuchać, bo modlę się na leżąco, podczas śniadania czy w domu a nie w kościele. Zawsze wymyślałam własne modlitwy, gadałam sobie z Panem B jak z przyjacielem pomagało mi to i uważałam to za coś naturalnego dla mnie. Babcia do dziś uważa mnie za heretyczkę, gani za nie chodzenie do kościoła…. dziś kościół to ludzie a nie Pan Bóg. Msze nudne i okrutnie pozbawione emocji. Wszyscy wyglądający jak cierpiętnicy. Wszystko zależy od księdza a są i tacy co pod sutanną zło w najgorszej postaci chowają. W głowie same bzdury. Ileż razy wyszłam bo ksiądz takie farmazony pie*przył, że nie mogłam wytrzymać. Przestałam chodzić w ogóle. Brzydzę się tym co dzieje się od zarania dziejów w kościele, w Watykanie. Tym jak kościół miesza się do polityki. Tym, że nie walczy ze swoimi wewnętrznymi grzechami tylko je bezskutecznie ukrywa. Teraz księża mają się za Bogów a zapomnieli, że mieli tylko głosić jego Imię. Brzydzę się zachowaniami jakie inni „chrześcijanie” propagują/praktykują. Mimo to jestem wierząca ale na swój sposób. Staram się być na co dzień po prostu dobrą osobą. Kierować kompasem moralnym i miłością do wszystkich nawet tych którzy na to nie zasługują. Babcia dalej leży krzyżem w kościele i myśli, że zostanie świętą. Obrzydziła mi na długo wiarę. Uwielbiam święta, ale też na własnych zasadach. Nigdy nie mam 12 potraw, wolnego miejsca przy stole i sianka. Jemy to co nam smakuje dzielimy się prezentami przy choince i składamy sobie życzenia tak jak każdego innego dnia w ciągu roku. Ponad wszystko nie mogę zrozumieć jak rzekomi katolicy mają śmiałość krytykować „innowierców”, zawzięcie bronić do szpiku kości zepsutego kościoła. Potępiać ludzi o innej orientacji, innym światopoglądzie itd Zasranym obowiązkiem katolika jest wszystkich szanować. Bez wyjątku. Przez takie myślenie Jestem czarną owcą kościoła a moje zachowania nie są katolickie 🤣👍

  12. Dziękuję z Pani wpis. Trafiłam tutaj co prawda z innego powodu niż wiara i rozczytałam się :). Wpis o tym że osoby niereligijne świętują w Boże Narodzenie , wiele mi wyjasnił. Do tej pory nie potrafiłam zrozumieć, czegos co po Pani wyjasnieniu, wydaje mi sie takie oczywiste (człowiek całe życie sie uczy…) . Osobiście poczułam potrzebę podzielenie sie swoim doświadczeniem w tym temacie, może ktos kto to przeczyta -tak jak ja popatrzy na świat z innej strony, nauczy sie czegos nowego. Jestem od dziecka wychowana w rodzinie katolickiej. Uczęszczałam na nabożeństwa , bo czułam ze tak trzeba ,z posłuszeństwa, jednak msza dłuzyła mi sie a słowa wpadały jednym uchem i wylatywały drugim, nie zahaczając o serce. W pewnym momencie mojego niezbyt uduchowionego życia , doznałam obecności Boga w sposób bardzo oczywisty ( idąc do komunii świętej poczułam Jego obecnośc tak mocno, że kolana same uginały sie do ziemi )-Tego nie da sie opisać słowami, czujesz chociaz nie widzisz… Może dlatego teraz mi łatwiej w poszukiwaniach.Uważam sie za osobę poszukująca Prawdy. Drażni mnie to , że obchodzimy Boże Narodzenie w dniu, w którym ono nie jest, że zmieniono 10 przykazań Bożych, że nie wiadomo kto napisał ewangelie i wiele , wiele innych rzeczy, które sprawiaja , że w pewnym momencie poczułam się oszukana, jakby mi ktos od dziecka wtłaczał do głowy bajki i legendy. Po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że: 1 nalezy oddzielic wiare od religii. 2:Odczuwanie pragnienia Boga i wiara w Boga jest dane jednym ludziom bardziej innym mniej.Nic nie poradzimy na to. bez względu w jakim stanie odczuwania sa inni ludzie nalezy sie im bezwzględny szacunek 3: Religia pochodzi od ludzi, którzy probowali wiare przełożyc na pismo i dostosowac do wielu narodowości ( o różnym poziomie świadomości), do ich pogańskich zwyczajów . Chrześcijanie w dalekiej przeszłości próbowali szerzyc wiarę , więc chcieli ja jakos ujednolicić , ująć w reguły. I tak powstała religia w róznych odłamach. Jak wszystko co pochodzi od ludzi , tak i religia szybko stała sie niedoskonała ( pieniądze, polityka, pornokracja , władza). Wszystko co ludzkie jest niestety niedoskonałe.4:Dopuszczam myśl , że skoro ja nie potrafie byc doskonała, tak samo wszyscy inni ludzie nie potrafia i- maja do tego prawo.5: Ważne jest aby mimo to, ciągle sie uczyc i szukać , rozwijac się ,starac sie nie robic nic złego i naprawiac zło które sie zrobiło. Szanowac siebie nawzajem, starac sie zrozumiec , wychodzic poza schematy. O to chyba Stwórcy chodzi… a najbardziej o milość , dla mnie Bóg jest miłościa czysta i doskonałą. 6: na usprawiedliwienie „moherowych beretów” dodam, że osoby religijne dązą do świętości w sposób w jaki zostali nauczeni. Mowi sie, że jakas osoba kleczy w kościele w pierwszym rzędzie a po wyjściu z kościoła zaraz grzeszy. Pewnie tak jest, pewnie grzeszy, jak my wszyscy, ale jak widac robi co może ( modli sie )zeby to zmienić, byc może ona widzi jak bardzo jest grzeszna i dlatego jest tak religijna. Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.7: Uważam że słowa wypowiedziane nigdy nie giną, dlatego nalezy brac odpowiedzialnośc za to co sie mówi, nigdy nie wiadomo jak wpłyna na ludzi i jaki to przyniesie skutek. W związku z powyższym , chce napisac , że to sa moje przemyslenia w dzisiejszym stanie mojego rozwoju duchowego, który cały czas trwa… Niech mi Bóg przy pomocy moich bliźnich w tym pomaga. Byc moze uważa sie Pani za ateistkę, a tu prosze na Pani blogu wypisałam najszczersze świadectwo swojej wiary….los bywa przewrotny….. Pozdrawiam od serca

  13. Witam, też miałem suchą wiarę przekazaną od rodziców. To była rutyna w której już przestałem uczestniczyć. Nie lubiałem księży, przez ich odskoki od normalności i zły zarys mojego otoczenia. Ale pewnego wieczoru kałdąc się spać, zawołałem ze łzami do Boga, jeśli Jesteś naprawdę przyjdź tu lub przyślij Kogoś byśmy wiedzieli co jest prawdziwe i w co mamy wieżyć .
    Coś zaczęło się zmieniać w moim myśleniu, teraz już wiem że dostałem natchnienie od Ducha Świętego, wpisałem na kanale YouTube, słowo
    „świadectwo” pod tym słowem znalazłem, świadectwa żywej obecności Bożej, która jest obecna cały czas i to nie baśnie tak jak wcześniej myślałem. Są tam, świadectwa udokumentowanych uzdrowień dokonanych przez modlitwy do Jezusa. Na których obecna medycyna nie jest w stanie wyjaśnić, skąd doszło do wyleczenia nieodwracalnych skutków choroby, czasem śmiertelnej.
    No i cóż, potok łez ze szczęścia. Bóg istnieje ! Co się okazuje jest tysiące dowodów udokumentowanych na Jego działania. Przez co natrafiłem na takie zawierzenie się Bogu. I to wypowiedziałem od serca.

    ” Jezu, dziękuję Ci, że mnie kochasz!
    Wierzę, że umarłeś dla mnie na krzyżu, aby pokonać mój grzech i dać mi wolność, która przynosi pokój. Chcę jeszcze bardziej poznać Ciebie. Wybieram dziś życie z Tobą, by pójść drogą, którą mi wskażesz. Pragnę żyć dla Ciebie i bardziej niż swoją – Twoją wolę wypełniać. Oddaję Ci swoje życie, plany, marzenia, to, co we mnie dobre i to, z czym sobie nie radzę. Jezu, proszę, zostań już na zawsze moim jedynym i wyłącznym Panem. Prowadź mnie, bo nie chcę błądzić, chodzić bez celu, ale chcę żyć tak, jak Ty chcesz, abym żył. Ogłaszam Cię dziś Panem i Królem mojego życia. Amen ”

    Po tym co powiedziałem moje życie zaczęło nabierać barw. Między innymi Duch Święty dał mi znać o Sobie. Gdy poprosiłem przed mszą o lepsze zrozumienie i przeżycie Eucharystii. Parę minut po rozpoczęciu kolana zrobiły mi się jak z waty. Ciężko było ustać. Serce łomotalo aż było widać!

    Bóg też uleczył mój ból głowy, wkleję swoje świadectwo uzdrowienia. Które napisałem dla moich znajomych ,którzy wiedzieli o moim bólu. Ich wiara też niestety jest martwa.

    Świadectwo

    Jak miałem około ośimiu lat to zaczęły się moje bóle głowy. Działo się to tylko w nocy mniej więcej między godziną 1-4. Ból był w miarę mocny, zawsze z tyłu głowy. Promieniował od tyłu szyi prawie do czubka z tyłu głowy. Bez tabletki nie dawałem rady tego znieść. W ciągu miesiąca bywały nieraz max trzy bóle, minimum raz na trzy miesiące. Lekarze twierdzili że ściemniam bo, nie chcę mi się chodzić pewnie do szkoły. Może po dwóch latach zrobiłem prześwietlenia. Nic nie było widać, miałem chodzić co parę lat na kontrole, czy nic tam się nie rozwija. Ale to olałem bo stan się nie zmieniał + lenistwo. Jakiś czas po nawróceniu rozbolała mnie głowa, tak jak zawsze, mocny ból budzący ze snu o pierwszej w nocy. Wtedy ze łzami modliłem się do Jezusa, mówiąc żeby mi pomógł i że mam dosyć tego bólu, który mi towarzyszy od trzydziestu lat. Nie wezmę tabletki, nie idę spać, do póki mi nie pomożesz Jezu, nie interesuje mnie to, że jutro mam na rano do roboty. Będę się modlił, aż do rana, do póki to nie minie, do póki mi nie pomożesz. Słowa płynęły jak łzy. Wypowiedziane od serca nie z umysłu. Po trzydziestu minutach ból ustąpił. Jak brałem tabletkę to, zawsze też musiałem czekać na rezultat trzydzieści minut. Próbowałem już wszystkiego rozciąganie szyi, okłady, masaż, wola, gra na czas. Tylko tabletki działały jak trzeba. Bogu dzięki, już ponad rok mnie nie boli głowa w nocy, od tamtej pory nie wziąłem tabletki. Można swój ból ofiarować Jezusowi i w jakimś stopniu współcierpieć z Bogiem i nieść swój krzyż. Przyjmować dobra z Błogosławieństwa i wszystkie bóle i próby znosić godnie, jak Hiob znosił. Pomyślałem czy źle nie zrobiłem tamtej nocy. Powiedziałem Jezusowi że jak mój ból ma w czymś pomóc mi, czy, czemuś, komuś, czego ja teraz nie rozumię to, go przyjmuję i żeby mi to wybaczył. Na wieczór rozbolała mnie wtedy głowa z tyłu, jak czytałem Pismo. Ale czułem się wtedy tak dumnie z tego bólu, jak apostołowie co się cieszyli że dostali lanie głosząc ewangelię Jezusa. Pierwszy raz ten ból był przyjemny.
    Ale najwidoczniej współcierpieć miałem tylko raz i pewnie Jezusa rozbawiają nasze pomysły. Drugim razem pod wieczór też rozbolała mnie z tyłu głową, jak spytałem Jezusa, czy to co zrobiłem dzisiaj, jest grzechem. Powiedziałem jeśli tak to chcę to odczuć. Nawet nie pomyślał że zrozumienie może przyjść przez zapomniany już ból głowy. Jeśli trzeba Ojciec upomina, bo Kocha. Ale nigdy ból ten nie obudził mnie w nocy. Czasami coś tam mnie ćmi delikatnie z przodu, ale to już jest normalny ból jak u każdego zajadacza chleba. Już ponad rok mam spokój z bólem, więc chcę się tym podzielić i Bogu dziękować za ten czas 🙂

    Wychowała mnie ulica, co skończyło się w wieku 21 lat dziewiecio miesiecznym więzieniem. Za co Bogu dziękuje, bo zacząłem już brać twarde narkotyki. Postanowiłem tam z tym skończyć. Jak wyszedłem odbiłem od tamtego życia, założyłem rodzinę i jestem czysty.
    Pisząc to dziś mam 40 lat.Też mam trójkę dzieci, trzy córki 🙂 Szanuję każdego i miłuję jak siebie samego. Bez względu na poglądy, religię, wiarę czy nie wiarę. Wszyscy mieszkamy na jednej planecie, jesteśmy jedną wielką rodziną.
    Musimy się szanować i swoje poglądy. My nie jesteśmy źli, coś zawsze bierze się z czegoś. To że ktoś myśli i robi źle, lub nic nie robi, nie znaczy że jest zły. Otoczenie w jakim człowiek przebywa wpływa na jego osobowość, religijność, wiarę czy niewiarę.

    Miłuję bliźniego jak siebie samego, nawet gdy kogoś skrzywdzi !
    Jeśli moje córki kogoś skrzywdzą, nadal je będę kochał, szanował i miłował. Jak i siebie tak i innych 🙂

    Przepraszam że tyle tego wyszło.

    Pozdrawiam Marcin 🙂

  14. Czytam z ciekawością i próbuję wyłuskać, jaki przełomowy moment zadecydował o Pani „nie wierzę” i widzę, że… żaden 😉 Nie wierzy Pani, bo nigdy nie wierzyła – Bóg nie ujawnił się przed Panią jako żywa istota, a religijna otoczka faktycznie wiary nie wzbudzi, bo i w co.

    Jako chrześcijanka doświadczam tego samego, co Pani – moje „wierzę” wymaga tyle samo odwagi, co Pani „nie wierzę”. Społeczeństwo się zmieniło. Non stop spotykam się ze stereotypami, odrzuceniem, szyderą, również ze strony znajomych, którzy wybałuszają oczy i składają kondolencje, bo czekam z seksem do ślubu. Albo uważają, że moja ostatnia szara komórka musi być bardzo samotna, skoro wierzę w coś, co jest im obce.

    Przy nowych znajomościach słowo chrześcijanka budzi zaskoczenie i często zamknięcie sie – jakbym zdradziła jakiś wstydliwy sekret albo spadła z księżyca. Są zaskoczeni, bo „nie wyglądam na chrześcijankę”, a potem wyobrażają sobie, że nie mam innego celu w życiu, jak ich nawracać. Często próby otwarcia się czy nawiązania bliższej relacji kończą się na słowie „Bóg”, które stało sie jakimś współczesnym tabu. Ludzie tak się boją tego mistycznego „nawracania”, że już nie potrafią dostrzec mojej potrzeby rozmowy po drugiej stronie.

  15. Głupotą jest branie ślubów kościelnych w KK i chrzczenie swoich dzieci w tej instytucji skoro się w te mity i legendy nie wierzy. Sam od od 20 lat nie mam nic wspólnego z KK (mimo iż się urodziłem w tej religii) ale obecnie nie wyobrażam sobie aby zmuszać siebie i partnerkę do ciągania po kościołach będąc świadomym krytykiem tej instytucji.

  16. O swieta nie masz co sie martwic , w polowie boze narodzenie jest poganskie , a wielkanoc oprocz swiecenia jajaek jest calkowicie poganska . Katolicy poprostu ukradli tradycje i dodali swoje elemnty , bo nic innego wymyslec nie potrafili .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.