COŚ CI POWIEM BLOGERZE… O tym, czy blog to kółeczko wzajemnej adoracji?

Po publikacji wpisu http://mumme.pl/2017/03/30/list-do-hejtera/ na blogu zawrzało. Jedni przybijali piątkę, inni nazywali mnie hejterką i pisali, że zginę od miecza, którym wojuję. Wszystkie komentarze jako moderator opublikowałam, żadnego nie usunęłam.

Czy prawdą jest, że blogi to kółeczko wzajemnej adoracji i bloger nie jest odporny na żadną krytykę, szuka tylko zwolenników i pochwał?

Czym jest blog?

Według  SJP PWN:

„Dziennik prowadzony przez internautę na stronach WWW.”

Według Wikipedii:

„(…)Blogi często mają charakter osobisty. Niegdyś utożsamiano je z internetowymi pamiętnikami, dziś ich zakres tematyczny jest tak szeroki, że to określenie wydaje się niesprawiedliwe. Blogi zawierają osobiste przemyślenia, uwagi, komentarze, rysunki, nagrania (audio i wideo) – przedstawiają w ten sposób światopogląd autora.”

Każdy twórca, bloger czy malarz, lepszy czy gorszy lubi, gdy go chwalą. To naturalne i ludzkie. Czy zatem jest to jednoznaczne z szukaniem poklasku?

W ostatnich latach internetowych twórców wyrosło jak grzybów po deszczu i tak rzeczywiście jesteśmy zalani falą blogów, stron motywacyjnych, coachingowych, doradczych i innych. Niektóre są wartościowe, inne niekoniecznie, zapanowała moda „istnienie w sieci”. Wraz z nią przyszła moda na komentowanie i hejtowanie treści.

Nie chciałabym, żeby ktoś mnie źle zrozumiał. Ja nie mam żadnego problemu z krytyką. Jestem absolutnie świadoma, że nie każdemu podoba się formuła blogów, w szczególności parentingowych lub lifestylowych, gdzie często stykamy się z taką gadką-szmatką o niczym.

Trochę winni temu są blogerzy, których ilość przytłacza, treści powtarzają się, są pisane z błędami albo co gorsza zawierają nierzetelne informacje, a wielu kopiuje innych i jeszcze się do tego przyznaje. Do tego blogerzy często nazywają swoje pisanie „ciężką pracą”, co budzi sprzeciw osób, które pracują naprawdę ciężko. Widzą taką blogerkę zawsze albo przy kawce, albo na spacerku, a potem czytają – „blogowanie to ciężka praca”.

Mój blog też na pewno nie każdemu się podoba i nie ma w tym nic złego.

O ile nie uważam, żeby blogowanie było ciężką pracą (chyba, że ktoś rodzi swoje wpisy w bólach), o tyle jest to podwórko piszącego, a wolną wolą czytelnika jest czytanie takiego bloga lub nie. Nie potrafię zrozumieć, kiedy ktoś mi pisze, że nie lubi blogów i czyta tylko dlatego, że są sponsorowane i wyświetlają się w aktualnościach. Jeśli się wyświetla, to znaczy, że ta osoba właśnie najczęściej czyta takie treści, bo Facebook tak właśnie wybiera czytelników postów sponsorowanych – wyświetla im treści, które ich interesują.

Mało tego, użytkownicy Facebooka nie rozumieją co to znaczy „sponsorowane”. Wpis sponsorowany to taki, który bloger opłaca, by wyświetlił się jak największej ilości osób, a nie taki, na którym zarabia, bo ktoś inny go sponsoruje. Czytelnicy, z tego co piszą blogerzy, mają z tym sponsorowaniem ogromny problem. Zarzucają blogerom, że się sprzedali, że wcześniej nic nie reklamowali, a teraz to już nawet nie chce się im – czytelnikom –  tego czytać i tym podobne.

Blog jest trochę jak gazeta. Są gazety tematyczne, są kobiece, są o zdrowiu, sporcie, modzie i innych. Kupujemy gazety i nie mamy problemu z tym, że nie rozdają ich za darmo. Kupujemy te, które nas interesują. Jeden lubi Wprost, inny Życie na gorąco. Idzie do kiosku i płaci, żeby przeczytać to, co ktoś napisał. Nieważne czy to wartościowe czy nie, czy połowa tej gazety to reklamy. Bloger natomiast ma tworzyć z pasji i żyć powietrzem. Nie powinien na blogu zarabiać.

Jak już wcześniej wspomniałam, nie uważam prowadzenia bloga za trudne i wyczerpujące zajęcie, ale jest to jednak praca. Dla niektórych dodatkowa, ale praca. Pochłania wiele czasu, wymaga nakładów finansowych. Trzeba tę stronę zrobić, utrzymać, trzeba kupować sprzęt czy zdjęcia, trzeba się szkolić, uczyć, trzeba sponsorować wpisy, bo dziś, w natłoku nie można się przebić ot tak, po prostu, nawet pisząc bardzo dobre teksty.

Zupełnie inaczej ocenia się sprawę, gdy staje się po tej drugiej stronie, gdy zaczyna się pisać blog.

Nie umiem jeszcze nazywać się blogerką, ale ponieważ blog prowadzę, to przekonałam się jak bezsensowne jest komentowanie w negatywny sposób tego, co ktoś publikuje. Dopóki mnie nie obraża to, co ktoś pisze, to naprawdę mój negatywny komentarz nic nie wnosi w czyjeś życie, poza tym, że na chwilę podnosi ciśnienie. Jedyną sytuacją, w której komentuję w sposób negatywny to, co ktoś napisał jest taka, w której mnie to obraża. I ponieważ hejt mnie obraża – taki jak na przykład we wspomnianym Liście do hejtera, to komentuję. I jeśli ktoś uważa, że obraża go mój list, to jest tylko jedno wyjaśnienie – sam jest hejterem.

Nauczyłam się, że jeśli nie odpowiada mi to, co pisze bloger czy inna osoba, która publikuje w sieci, to klikam ponownie Lubię to (czyli „odlubiam”) i przestaje mi się wyświetlać. Jeśli wyświetla się jako treść sponsorowana to idę dalej. Nie zatrzymuję się, nie tracę czasu na komentarz. Nauczyłam się tego od trzech osób, które są dla mnie blogowymi autorytetami – to Magda – Szczęśliva, Ania – Mama Biznesowa i Hania – Szalonooka. Dzięki dziewczyny.

Czy osoby tak aktywne w sieci, komentujące bez przerwy, wyrażające tzw. „swoje opinie, bo przecież mają prawo”, piszą listy czy maile do redakcji gazet i krytykują autorów zawartych w nich treści? Chyba nie. Dlaczego więc uważają, że mają prawo do atakowania autora w internecie, najczęściej go obrażając, zamiast po prostu napisać – mam inne zdanie, uważam, że…obowiązkowo z uzasadnieniem. Nikt wtedy nie będzie miał pretensji, nie nazwie tego hejtem, a może nawet zmieni zdanie!

Przyznam, że niektóre z Waszych komentarzy pod listem dały mi do myślenia i choć nie zmieniłam zdania na temat hejterów, szanuję Wasze odmienne podejście do tematu. Cieszę się, że mogłam przeczytać Wasze zdanie na ten temat, mówię oczywiście o tych merytorycznych, kulturalnych komentarzach.

Bloger nie szuka poklasku na siłę. Bloger pisze dla ludzi, ale tylko dla tych, którzy chcą go czytać. Blog to nie jest lektura szkolna. To rozrywka, czasem źródło informacji, ale przede wszystkim zbiór subiektywnych opinii autora, rodzaj pamiętnika. Nikt nie zmusza nikogo do czytania czyichś myśli. Jeśli więc Tobie, czytelniku nie podoba się to co czytasz na czyimś blogu albo napisz kulturalnie, dlaczego masz inne zdanie, uzasadnij to, podaj jakieś argumenty, albo nie czytaj, „odlub”, nie komentuj.

Dziękuję.

 

3 komentarze

  1. Czytałam ten tekst i niemal do samego końca chciałam przybić Ci piątkę. Jednak kiedy wymieniłaś swoje blogowe autorytety, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno tak samo rozumiemy słowo hejt. Bo przez jedną z tych pań to ja zostałam uznana za hejtera. I z tego co zauważyłam, nie był to jej gorszy dzień, tylko konsekwentnie stosowana polityka „jestem na swoim podwórku, mogę pisać, co chcę, a kto się mnie będzie czepiał, tego zablokuję, bo mi wolno”.

    Nie każda krytyka jest hejtem. I nie, nie wszystko można napisać na swoim podwórku. Teksty nierzetelne i szkodliwe, podane niemal jak prawda naukowa, powinny zostać przynajmniej uczciwie skomentowane.

    1. Martyna, tak, blog to podwórko piszącego i to on i tylko on decyduje o tym co chciałby na blogu widzieć. Ja nie usuwam komentarzy, choć często nie są one przychylne, dopóki nie są chamskie, wulgarne lub całkowicie bezsensowne i nakręcają głupie dyskusje. Lubię krytykę, bo ona najwięcej uczy, pod warunkiem, że dyskutuję z kimś kto zrozumiał o czym piszę. Domyślam się, że chodzi o Hanię, bo to jej strategia. To, ze ktoś jest moim autorytetem nie oznacza, że muszę robić tak samo. Jest mi bardzo życzliwa i wiele mi pomogła jako doświadczony bloger. Wiesz, czasem ludzie piszą takie komentarze, że wierzę, że po długim czasie człowiek ma tak dosyć, ze usuwa wszystko, co negatywne. Tak jak mówię, to jej decyzja i strategia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code