MAM ODWAGĘ POWIEDZIEĆ: NIE WIERZĘ

Nigdy nie wierzyłam w Boga. Kiedyś nawet bardzo się starałam uwierzyć, zazdrościłam moim koleżankom w podstawówce ich wiary. Dumnie nosiły na palcach obrączki Rycerstwa Maryi, gorliwie modliły się w czasie mszy, chodziły na spotkania.

Raz nawet pojechałam na „wakacje z Bogiem”. Ten wyjazd do Kamienicy Królewskiej wspominam koszmarnie. Czułam się jak kwiatek przy kożuchu, jak piąte koło u wozu, jak czarna owca, która mimo najszczerszych chęci nie potrafi uwierzyć.

Mój ojciec jest zadeklarowanym ateistą. Pamiętam, kiedy jako dziecko pytałam go o to, co stanie się z nami po śmierci mówił: „nic”. Nigdy nie widziałam, żeby moja mama się modliła, do kościoła przychodziła tylko na uroczystości jako gość.

Zostałam ochrzczona, przyjęłam komunię i bierzmowanie, bo wszyscy przyjmowali. Skoro nie byliśmy innego wyznania, to znaczy, że byliśmy katolikami – tak się przyjęło.

To nic, że nikt w mojej rodzinie nie chodził do kościoła, nie przyjmowaliśmy kolędy, nie modliliśmy się. Katolicy. Taki worek, w który upchnięci byli również niewierzący.

I przyszedł moment, w którym zapragnęłam z tego worka wyjść i zacząć normalnie oddychać.

Bez presji społecznej, bez „powinnam”, bez „wypada”. Dojrzałam do tego, by powiedzieć głośno – NIE WIERZĘ W BOGA.

Ale po kolei…

Pierwszy raz spróbowałam się zbuntować w pierwszej klasie liceum. Na lekcję religii przyszedł ksiądz, który po wejściu do klasy zadał nam pytanie: „czy wierzycie w horoskopy?”.

Zgłosiło się nas kilkanaście osób. Ksiądz wpadł w furię. Zaczął nas wyzywać od pomiotów szatana, spadł na nas grad obelg i inwektyw. Wyszłam. I powiedziałam, że nie wrócę.

Nie wróciłam. Lata 90-te to był czas, w którym nie było to popularne, ale nie interesowało mnie to. Nie chciałam w tym uczestniczyć, więc tak się stało.

To nie był jednak koniec moich relacji z kościołem.

W 2003 roku, w wieku 23, lat wzięłam z moim obecnym mężem ślub kościelny. On również nie chodził na religię w technikum, miał podobne stosunki z kościołem jak ja, ale mimo wszystko zdecydowaliśmy się na ślub konkordatowy. Dlaczego? Nie wiem. Może dla białej sukni, kwiatków i Ave Maria? Było pięknie, doniośle, magicznie…

Dziś nie zdecydowałabym się na taki ślub. Dziś byłby to ślub cywilny, być może na jakiejś pięknej plaży albo w ogrodzie. Już wtedy miałam poczucie, że przysięgam człowiekowi, z którym chcę spędzić życie, mężowi, a nie Bogu, w którego nie wierzę.

Igora ochrzciliśmy, kiedy miał kilka miesięcy. Tak się robiło. Formalnie byliśmy przecież katolikami, więc „wypadało” go ochrzcić. Podobnie było z Olivierem, choć tu ociągałam się już i pamiętam, że przyjął chrzest, gdy był dość duży – na pewno już chodził.

Żałuję. Nie powinnam była tego robić.

Olivier kategorycznie odmówił uczestnictwa w zajęciach religii po drugim spotkaniu z katechetką w przedszkolu. Powiedział, że nie i koniec. Nie zmuszałam go, szczególnie, że już wtedy dość wyraźnie widziałam jak daleko jestem od kościoła.

Po pierwszym spotkaniu w sprawie komunii Igora nasz najstarszy syn sam zdecydował, że nie chce w tym brać udziału. Zrezygnował też z chodzenia na religię.

Dziś myślę, że było to naturalną konsekwencją tego, że wychowują się w domu, w którym wszyscy są ateistami. Religię katolicką traktujemy jako jedną z wielu. Mamy znajomych i przyjaciół różnych wyznań, na całym świecie – protestantów, prawosławnych, muzułmanów, buddystów. Szanujemy ich wiarę. Podobnie jak szanujemy wiarę katolicką. Szanuję ludzi wierzących, w co by tam nie wierzyli, ale pod warunkiem, że ich wiara jest prawdziwa, a  nie na pokaz. Dla tych, którzy rzeczywiście żyją zgodnie z zasadami wyznawanej religii i miłości do bliźniego.

Niestety znam wiele osób, które deklarują prawdziwą wiarę, a swoim postępowaniem, postawą, stosunkiem do ludzi przeczą jej podstawowym założeniom.

Brzydzę się taką obłudą.

Powiedzenie „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą” bardzo dobrze określa tych, którzy są złymi ludźmi, a pod przykrywką gorliwej wiary potrafią krzywdzić innych, są obojętni na drugiego człowieka, żyją w kłamstwie, braku poszanowania i tolerancji, zaślepieni doktryną.

Zawsze przeszkadzało mi w kościele to, że było tam tak smutno. Ludzie zawodzili żałośnie, było ciemno, zimno, nieprzyjaźnie, księża wywyższali się i traktowali ludzi z góry.

Z podziwem patrzyłam na baptystów, którzy z radością tańczyli i śpiewali, jakby byli na imprezie u swojego Pana.

Kiedy już jako dorosła osoba zaczęłam orientować się, ile w tej instytucji zła, przestępstw tuszowanych latami, pedofilii, w jaki sposób kościół próbuje mieszać się w politykę, jak korzysta z pieniędzy, które odprowadzamy do budżetu w postaci podatków, jak tragiczny w skutkach jest celibat, który, dla pieniędzy, ingeruje w naturalne i podstawowe potrzeby człowieka, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę być tego uczestnikiem – ani biernym, ani tym bardziej czynnym.

Niektórzy powiedzą, że przecież kościół to nie Bóg, że można wierzyć, a jednocześnie nie akceptować doktryny kościoła i postępowania kleru.

Być może. Jeśli się jednak nigdy nie wierzyło, a religia jawi się jako mit, coś, co ludzie wymyślili, by móc zawierzyć jakieś sile wyższej to, na co nie mają wpływu, to postępowanie kościoła bulwersuje jeszcze mocniej. Do tego stopnia, że człowiek nie ma ochoty mieć z nim nic wspólnego.

Czy bałam się o dzieci, kiedy zrezygnowaliśmy z religii w szkole, tego, że będą wyśmiewane czy prześladowane?

Ani trochę. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji i poruszyłabym wszelkie instytucje, by na to nie pozwolić.

Kiedy Igor był w drugiej klasie, przyszedł któregoś dnia do domu (wtedy chodził jeszcze na religię) i powiedział, że ksiądz bił dzieci w czasie lekcji. Ciągnął za uszy, robił „kokosy” na głowie, wyrzucał piórniki do śmietnika. Zagotowałam się. Najpierw zadzwoniłam do wychowawczyni. Następnego dnia udało jej się ustalić, że nasz syn mówił prawdę, ale dzieci bały się o tym powiedzieć. Jakie szczęście, że on się nie bał! Jacek pojechał do szkoły porozmawiać z dyrekcją. Kilka dni później ksiądz przestał być pracownikiem szkoły – po wezwaniu przez Radę Rodziców zrezygnował sam. Nadal jednak jest proboszczem w parafii.

Nie będę powtarzać plotek, choć wiem, że są prawdziwe, ale to żaden autorytet dla kogokolwiek.

Trzy lata temu podjęłam decyzję o całkowitym odcięciu się od kościoła.

Żadnych mszy, święcenia jajek, żegnania się w trakcie zwiedzania katedry czy wizyty na cmentarzu, żadnych „szczęść Boże” na widok księdza i innych gestów i zwrotów, którymi zostaliśmy zindoktrynowani jako dzieci.

Dlaczego zatem obchodzę święta?

Bo to element tradycji. Nie ma dla mnie nic wspólnego z wiarą. Śmieszy mnie wręcz jak wierzący oburzają się na to. Sami obchodzą święta nie tak jak stanowi o tym ich religia, tylko tak, jak się tradycyjnie przyjęło. Nie skromnie, tylko z obżarstwem, alkoholem, choinką i oglądaniem Kevina. Z Mikołajem i prezentami. A w Wielkanoc z zającem, żurkiem i śmigusem dyngusem. To nie są katolickie obchody. Dla mnie mogłyby być każdego innego dnia w roku, a świętuję, bo jest to nasza, polska tradycja. Nie czuwam, nie chodzę na pasterkę, nie uczestniczę w mszach, nie przyjmuję kolędy, nie święcę pokarmów, nie czytam Pisma Świętego, pod obrus kładę łuski karpia na szczęście. Kupuję tonę prezentów, jeśli mam za co i jem pyszności. Żurek i bigos nie są elementem świętowania zmartwychwstania moi Drodzy.

Ot i cała tajemnica świąt u niewierzących.

Potrzeba mi było wielu lat, żeby w kraju, który jest współrządzony (albo i rządzony) przez kościół powiedzieć „nie wierzę”. Żeby być osobą publiczną, która powie „nie wierzę”. To nadal wielkie tabu, choć wiem, że jest nas – niewierzących – coraz więcej. Piszecie do mnie w listach, że czujecie podobnie, ale brak Wam odwagi. Bo co powie teściowa, co powie ksiądz, co powiedzą rodzice kolegów ze szkoły.

A my proszę Państwa żyjemy dla siebie. Nie dla innych. I nie po to, by spełniać czyjeś oczekiwania. Z racji tego, jak zostaliśmy wychowani, tak często robimy jeszcze to, co „wypada”, nawet jeśli kłóci się to z tym, co czujemy i w co naprawdę wierzymy. Mam nadzieję, że nasze dzieci już nie będą miały tego kagańca. Jeśli będą chciały w coś wierzyć, to dlatego, że to poczują, a nie dlatego, że ktoś coś na nich wymógł, do czegoś je zmusił, przystosował.

Staram się być dobrym człowiekiem. Dobrym, nie znaczy uległym i bezrefleksyjnym.

Nauka bezspornie udowadnia to w jaki sposób powstało życie i świat, który znamy i bynajmniej nie trwało to 7 dni. Nauki kościoła są dla mnie zwykłymi mitami, bajkami, fikcją literacką, nie są poparte żadnymi dowodami, argumentami, niczym na czym można się oprzeć.

To, co zawiera Biblia, to czego naucza kościół zaprzecza racjonalnej wiedzy o człowieku i świecie.

Teologia nie jest nauką.

Jako racjonalistka nie umiałam, nie umiem i nie będę umiała uwierzyć w istnienie żadnego boga (wcześniej Bóg pisałam wielką literą, z szacunku do moich prawdziwie wierzących czytelników).

Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie nawracać, bo wiara nie jest dla mnie czymś do czego można kogoś przekonać. Przekonać można kogoś do faktów, a religia nie jest faktem. Jest oparta na domysłach, przekazie (podobnie jak legendy czy mity), katechezie (czyli nauczaniu wiary) i zaprzeczaniu rzeczywistości.

Rozumiem, że ludziom jest łatwiej wierzyć, że jest ktoś/ coś, kto/co ma moc sprawczą, jest siłą wyższą, pomaga, prowadzi, można się do niego zwrócić. Zawsze tak było. Swoich bogów miały plemiona, mieli starożytni Grecy i Rzymianie, ale ich bogowie są dla nas dziś bohaterami bajek – lektur szkolnych. I Bóg katolicki tak samo kiedyś będzie takim właśnie baśniowym bohaterem naszej epoki. Już pokolenie naszych dzieci raczej nie będzie chciało kontynuować tego kultu.

Teraz żyję w zgodzie ze sobą. Ze swoimi przekonaniami, z tym co myślę i czuję. Pomagam innym, całe dorosłe życie jestem żoną jednego męża, matką trójki dzieci. Żyję uczciwie w stosunku do siebie i ludzi.

Nie namawiam nikogo do odejścia od wiary. Namawiam do tego, by nie być hipokrytą i nie żyć w zakłamaniu. By być w porządku wobec siebie i innych. By kochać bliźniego, jak siebie samego. By szanować innych bez względu na to, w co wierzą, jeśli nikogo nie krzywdzą.

Tyle ode mnie.

Peace & Love

Anna Jaworska – MumMe

6 komentarzy

  1. Podpisuję się pod tym rękoma,nogami czym się da .Zgadzam się z tobą w 100 %.Czytając twoją historię poczułam się jakbym czytała w 100% o sobie.Dokladnie przeszłam to tych samych wniosków i też uważam się za osobę niewierząca(choć powiedzenie tego głośno trochę mi zajęło czasu).Naszczęście moje dzieci mają wybór i dorastając same będą decydować czy wierzą czy nie.Bo tak naprawdę nam to odebrano, z góry narzucajac w co i czy mamy wierzyć.Jesteśmy w tym samym wieku,więc żyłyśmy w tych samych czasach i kiedyś nikt nie mówił o tym głośno.Ale to za nami. Kiedyś w telewizji słyszałam bardzo mądrą wypowiedź papieża Franciszka:nieważne jest czy jesteś wierząca czy nie ,ale ważne czy jesteś dobrym człowiekiem.Na tym kończę moją wypowiedź i gorąco pozdrawiam i cieszę się że są tacy ludzie jak ty którzy nie boją się mówić głośno o trudnych sprawach. Pozdrawiam

  2. Szanuję Pani poglądy. Cieszę się, że ma Pani odwagę mówić głośno co myśli 😉 i stara się Pani być dobrym człowiekiem , pomagać innym… 🙂
    Szkoda, że doświadczyła Pani kościoła z takiej strony… niestety oszołomów nie brakuje w żadnej dziedzinie życia… :/
    Bynajmniej teologia jest nauką, tak samo jak np. filozofia; religia też nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, a m.in. w samej teologii czy też nauczaniu kościoła nikt poważny nie mówi ze świat powstał w 7 dni itd. są tzw. seny czytania Pisma Świętego np. To, że jakieś oszołomy tak mówią – no cóż, niestety…. czy wykorzystują religię do takich czy innych celów… :/ i to że ludzie kościoła i tzw. hierarchia ukrywa(ła) różne rzeczy to woła o „pomstę do nieba” to każdy ma prawo a wręcz powinien upominać się o ukaranie takich czynów! Sama staram się interweniować! I sama próbuję też zaczynać często od siebie i oby wszyscy wierzący zaczynali od siebie!
    Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie 🙂

  3. Troche brak tu fundamentalnych prawd wiary, ot takie tam o kosciele i ksiedzu. Zycie w wierze to milosc lecz nie naiwnosc, milosierdzie, ale nie glupota. Prawdziwa radosc to radosc serca, nie chwilowa przyjemnosc, ktora czesto prowadzi do uzaleznien. Nie zgadzam sie z ta trescia jednoczesnie szanuje wybor i odwage. Pozdrawiam.

  4. Religia (każda) to zbiór mitów, bajek i urojeń. Wiara to rodzaj choroby psychicznej, czasem nieszkodliwej ale często śmiertelnie groźnej…

  5. Dziękuję za ten wpis. Nie jesteśmy zatem w tym same 🙂 prawie wszystko czytałam jakby to była moja historia… doszłam do tego trochę wcześniej o tyle, że nie poszłam ścieżką ślubu kościelnego a moje córki nie są ochrzczone. To będzie ich wybór w przyszłości co z tym zrobią. Jedna chciała chodzić w szkole na religię- ok, zapisała się, pochodziła rok i powiedziała, że już Jej wystarczy. Szanuję, nie namawiam, ale też nigdy nie neguję u innych potrzeby wiary i to przekazuję dzieciom. Wszyscy jesteśmy ludźmi, żyjmy i dajmy żyć innym. Szanujmy się. Cała reszta została opisana wyżej za co dziękuję ?
    Ania

  6. Szanuję Pani poglądy, ale przykro mi jest patrzeć na to jak przerażające (szczególnie dla dzieci) musi być myślenie, że po śmierci „nie ma NIC”. Nie uważa Pani, że życie wtedy traci sens? Oczywiście najważniejsze jest bycie zwyczajnie dobrym człowiekiem bez względu na wiarę… Ale czy nie jest też tak, że Pani poglądy wywodzą się z poglądów Ojca, który otwarcie przyznawał, że jest ateistą? Tak samo poglądy i niechęć do religii u Pani dzieci nie wzięły się znikąd…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code